"Lampiony" Katarzyny Bondy na scenie, czyli "Aszkenazy, menel z Łodzi" w Jaraczu [RECENZJA]

Róża Augustyniak
Aktor Robert Latusek jest najjaśniejszym punktem przedstawienia, w którym autor adaptacji Robert Latusek nie mógł zdecydować się na jeden, wyrazisty wątek
Aktor Robert Latusek jest najjaśniejszym punktem przedstawienia, w którym autor adaptacji Robert Latusek nie mógł zdecydować się na jeden, wyrazisty wątek Greg Noo-Wak
Monodram Roberta Latuska pt „Aszkenazy, menel z Łodzi” według głośnych „Lampionów” Katarzyny Bondy miał premierę w łódzkim teatrze im. S. Jaracza.

Nie pisze się o niej inaczej niż „królowa polskiego kryminału”. Piękna blondynka, która w swoim nazwisku kryje najsłynniejszego agenta popkultury na świecie, uśmiecha się do nas tajemniczo z billboardów w mieście. Katarzyna Bonda przez lata pracowała jako dziennikarka przy sprawach kryminalnych, a oprócz powieści jest też autorką dokumentów. Jeden z nich to „Polskie morderczynie” będący efektem spotkań z czternastoma zbrodniarkami. Kobieta, która swój królewski tytuł zawdzięcza codziennej pracy w systemie „od - do”, bez szafowania pojęciami „natchnienie” czy „wena”, nie nazywa siebie artystką, lecz rzemieślniczką. Pewnego dnia przemeldowała akcję pisanej przez siebie powieści „Lampiony” z Podkarpacia do Łodzi. I zaczęło się.

Lubimy, gdy sztuka przenosi do swojego świata rodzime krajobrazy, dlatego fantastyczną konsekwencją ulokowania akcji kryminału Bondy w Łodzi był pomysł przeniesienia go na scenę Teatru im. S. Jaracza w Łodzi. Niełatwe zadanie spadło na barki Roberta Latuska, który nie dość, że we własnej osobie przedstawia przygody bohaterów powieści, to jeszcze sam sobie jest reżyserem i twórcą adaptacji. „Aszkenazy, menel z Łodzi” to kompozycja, w której roi się od zawiłych wątków, co przecież jest konstytucyjne dla kryminału. Bohaterowie interpretowani przez Latuska zabierają nas na wycieczkę podług punktów kreślonych na mapie, złożonej ze znanych łodzianom ulic i zabytków.

Zobacz też: Andrzej Bart kandydatem na dyrektora artystycznego Teatru Nowego w Łodzi

Nie było dla aktora łatwym stworzenie wielowymiarowych ról zwłaszcza, że nie pomagały mu i dosłownie kłuły w oczy nie zawsze udane „projekcje” wyświetlane na ekranach-moskitierach, przedstawiające a to ulice miasta, a to gałązki choinki, czy kadry z meczów. Słynne moskitiery są zresztą, moim zdaniem, nader eksploatowane na Małej Scenie w „Jaraczu”. W efekcie scenografia i kostiumy (Grzegorz Nowak) szybko przestają mieć znaczenie i nie stają się mocną stroną tego spektaklu. Muzyka także została potraktowana zbyt skromnie - ogranicza się niemal wyłącznie do wyjących syren policyjnych, czegoś na kształt zapętlonego dżingla w finale oraz „Somewhere over the rainbow” w wersji kiczowatej, ale w tym przypadku można to uznać za zamierzone. Ascetyczne środki czasem nie są przeszkodą dla sztuki, w tym przypadku mam jednak wrażenie, że bardziej staranna aranżacja przestrzeni i bogatsza muzyka mogłyby wnieść dodatkowe walory do spektaklu.

Trudnością było zmieszczenie pokaźnej, wielowątkowej powieści w niedługim monodramie i te problemy daje się odczuć. Wydaje się, że lepszym pomysłem byłoby zbudowanie przedstawienie na jednej opowieści wyjętej z książki. W historiach podawanych przez Latuska idzie się bowiem pogubić, a przez to tracą one wiarygodność. O ile osobiście panicznie boję się terroryzmu i poważnie traktuję wszelkie pogłoski dotyczące rzekomo planowanych zamachów w naszym mieście, podczas godzinnego spektaklu w „Jaraczu” ani drgnęłam. Świat przedstawiony w żaden sposób nie wydawał mi się być jakkolwiek bliski prawdopodobieństwu. Imponujące jest szafowanie niuansami z łódzkich kronik, ciężko jednak dopatrzeć się wiarygodnych przemian podczas żonglowania tożsamościami przez twórcę adaptacji.

Mówi się, że aktor zmęczony to lepszy aktor niż aktor wypoczęty i ma to swoje przełożenie w monodramie Latuska. Artysta rozkręca się w połowie spektaklu, wraz z kroplami potu, które zaczynają błyszczeć na jego twarzy. Dopracowania wymagają sceny markowania dialogów, interesujące są natomiast te w warsztacie taksówkarza, w kanałach z wykorzystaniem dymu i latarki i ta, w której moja ulubiona moskitiera zamienia się w tablicę z wypunktowanymi hasłami.

„Czego się nie robi z miłości?” - pyta ze sceny Robert Latusek i sobie odpowiada: „Nawet monodram się robi”. Aktorowi życzę zatem nadal szczęścia w miłości, a autorce „Lampionów”, by Łódź dalej inspirowała ją do tworzenia.

ZOBACZ |Wydarzenia minionego tygodnia w Łódzkiem

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie