Kino - recenzja. „Helmut Newton. Piękno i bestia”: Fotograficzna droga ku wolności

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Móc pozwolić sobie na wolność - pragnienie, którego realizację potrafi umożliwić wykorzystany talent. Paradoksalnie, Helmut Newton zyskał wolność, kryjąc się za obiektywem aparatu fotograficznego. Ale przecież nie bez powodu wykonanie zdjęcia wiąże się z wyzwoleniem migawki.

Warunkowe luzowanie związanych z pandemią obostrzeń w kulturze sprawiło, iż sieci multipleksów nie zdecydowały się na razie otworzyć swoich sal, pozostawiając przynajmniej najbliższe dwa tygodnie połowicznej dostępności kinom studyjnym. Branża w dłuższej perspektywie bez wieloekranowych obiektów sobie nie poradzi, trzeba więc kibicować powrotowi do funkcjonowania największych graczy, ale w oczekiwaniu na hałas związany z premierami głośnych tytułów, z oferty arthouse’owych placówek można łatwiej wyłuskać mniej efektowne, a wartościowe propozycje.

Do takich zajmujących, nie mających szans w rywalizacji o frekwencję z blockbusterami przedsięwzięć należy właśnie wprowadzony na ekrany dokument, poświęcony artyście, który odmienił fotografowanie mody. Helmut Newton urodził się w przedwojennym Berlinie, w zamożnej rodzinie żydowskiej. W roku 1938 opuścił nazistowskie Niemcy, na krótko osiadł w Singapurze, by wylądować w Australii. Został dostrzeżony przez tamtejsze wydanie „Vogue’a”. Od końca lat pięćdziesiątych skoncentrował się na fotografowaniu mody, w 1961 roku zamieszkał w Paryżu. Zyskał sławę, realizował sesje dla najważniejszych magazynów, z których niemal każda wywoływała sensację lub zamieniała się w skandal. W ostatnich latach swojego życia mieszkał w Monte Carlo i Los Angeles. Zginął w styczniu 2004 roku w wypadku samochodowym w Hollywood, uderzając w ścianę hotelu Chateau Marmont, w którym gościł podczas każdego pobytu w Kalifornii.

Helmut Newton stworzył swój charakterystyczny styl, w czym pomogły mu nieposkromiona wyobraźnia, naturalnie przewrotny, zawadiacki stosunek do rzeczywistości (sam siebie nazywał wiecznym łobuziakiem), a nawet... daltonizm. Ta wrodzona przypadłość przyczyniła się do tego, iż tworzył w większości czarno-białe fotografie, jego zdaniem znacznie bardziej sugestywne od kolorowych. Wyrazistość i zapał charakteryzują również dokument Gera von Boehma, a to głównie za sprawą znakomicie dobranych gości produkcji oraz narracji koncentrującej się na twórczości bohatera i wpływach, którym ulegał. Von Boehm, na szczęście, nie brał pod uwagę pokusy stworzenia tak modnej dziś - szczególnie w literaturze - pośmiertnej biografii znanej postaci, mającej wywrócić do góry nogami ustalony wizerunek, czy odkryć skrywane fakty z prywatności (często pod pozorem wyższej potrzeby lub docierania do „prawdy”, schlebiającej niezależnej od wykształcenia potrzebie plotkowania i nurzania się w cudzych grzechach - co istotne, właśnie też o tym robił zdjęcia Newton). Dostaliśmy - to prawda, że bardziej konwencjonalną niż Newton, ale dzięki temu nie „zasłaniającą” bohatera wizyjnymi pomysłami autora filmu - precyzyjnie skonstruowaną, żywą opowieść o płynności artystycznej postawy i konieczności oddzielania jej od samego twórcy. Von Boehm wokół rewolucyjnych działań Newtona na niwie fotografii rozpościera obraz zmian postrzegania roli kobiety w społeczeństwie, oddziaływania rewolucji seksualnej przełomu lat 60. i 70. na świadomość własnego ciała, humorystycznego z dzisiejszej perspektywy upozowanego maczyzmu, podszytego mizoginią, rodzącego mizoandrię. Z pewną dezynwolturą opowiadający o swoich dokonaniach Newton, jest błyskotliwie analizowany przez modelki, aktorki i inne osoby, z którymi pracował. Fascynujące są ustawione obok siebie wystąpienia Charlotte Rampling, Isabelli Rossellini, Grace Jones, czy Susan Sontag reprezentujące odmienny punkt widzenia samego Newtona, zarazem uwypuklające złożoność dzieła fotografa, tak budująco dalekie od dominujących obecnie szybkich i jednowymiarowych ocen. Autorowi dokumentu udało się przy tym zwrócić uwagę na to, że pięknem sztuki jest jej wieloznaczność, otwieranie drzwi do licznych interpretacji - także znacząco odległych od początkowych założeń artysty czy stanowiska tak zwanych znawców (gdy nad plakatowość stawia wrażliwość i otwartość).

Dużo tu anegdot i mocnych wątków (jak wspomnienie dzieciństwa Newtona w Berlinie po dojściu do władzy Hitlera i oddziaływania na młody umysł obrazów tworzonych przez Leni Riefenstahl). Ale wszystkie te elementy spaja, w pewnym sensie najsilniejsza bohaterka tej historii, żona fotografa, June Newton, bez której rozmawialibyśmy dziś o innym Helmucie. Tworzącym niepodobną do tej, którą poznaliśmy sztukę, bo pozbawionym miłości.

Helmut Newton. Piękno i bestia USA dokumentalny, reż. Gero von Boehm, wyst. Helmut Newton, Charlotte Rampling

★★★★☆☆

100 Najbogatszych Polaków „Forbesa” 2021

Wideo

Materiał oryginalny: Kino - recenzja. „Helmut Newton. Piękno i bestia”: Fotograficzna droga ku wolności - Dziennik Łódzki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie