Pogrzeb Krzysztofa Krawczyka. - Krzysztof zaproponował mi braterstwo krwi. Zrobiliśmy to żyletką - wspomina przyjaciel Marian Lichtman

Tomasz Dereszyński
Tomasz Dereszyński
Krzysztof Krawczyk zaproponował mi braterstwo krwi. Zrobiliśmy to żyletką - wspomina perkusista Marian Lichtman, przyjaciel zmarłego artysty
Krzysztof Krawczyk zaproponował mi braterstwo krwi. Zrobiliśmy to żyletką - wspomina perkusista Marian Lichtman, przyjaciel zmarłego artysty Pawel Lacheta/ Polska Press/ Express Ilustrowany
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Najważniejszy dla artysty jest start do kariery. Na tym przysłowiowym przystanku do sławy Krzysztof Krawczyk spotkał m.in. Mariana Lichtmana, perkusistę i wokalistę, długoletniego kompana w grupie Trubadurzy, przyjaciela na zawsze. Wróćmy zatem do 1963 roku, czyli dla wielu z nas, stąd do wieczności. W sobotę, 10 kwietnia 2021 r., odbędzie się pogrzeb Krzysztofa Krawczyka. Posłuchajmy opowieści Mariana Lichtmana o przyjaźni z Krzysztofem Krawczykiem.

Trubadurzy zaczynali w Łodzi. Podobnie do bohaterów “Ziemi obiecanej” rozpoczynali od zera. Jednym z przyszłych Trubadurów był Marian Lichtman (rocznik 1947). Późniejszy perkusista i wokalista grupy spotkał Krzysztofa Krawczyka (rocznik 1946).

- Byłem takim lokalnym Elvisem, na łódzkiej scenie muzycznej. Pierwszy miałem skórzane spodnie, fryzurę “elvisowską”. Zawsze w niedziele w południe odbywały się spotkania z piosenką. Młodzież przychodziła, by zaśpiewać, zagrać, a po koncercie dochodziło do bójek pomiędzy dzielnicami - wspomina wczesne lata 60. XX wieku w Łodzi Marian Lichtman.

Dalej było już tylko ciekawiej. - Któregoś dnia przychodzi na taki koncert jedna trzecia Krawczyka, taki szczuplaczek. Pytam go, co tu będziesz robił? On na to: jak to co, będę śpiewał piosenkę aktorską. Ja mu na to, że ludzie czekają na rock and rolla. On skromny, dobrze wychowany, do mnie na “pan” mówił.

Na scenę wchodzi Marian Lichtman, by pokazać poznanemu właśnie Krzysztofowi, jak się śpiewa. - Krzysztof wziął ze sobą ręcznik, myślałem, że się będzie kąpał. A on sobie ten ręcznik owinął wokół głowy i zaczął śpiewać “Ząb, boli mnie ząb”. Ja oszalałem wtedy, zacząłem się śmiać bo takiego czegoś dotychczas na spotkaniach nie widziałem - wspomina Lichtman.

Od tego czasu młody Marian pokochał młodego Krzysztofa. - Już wtedy zapowiadał się na showmana, jeszcze nie na piosenkarza. Miał ten głosik taki biały, wysoki. Zapytał się mnie “jak to się robi, by śpiewać nisko”. To się robi “na maskę czyli śpiewa się przeponą. Śpiew przeponą daje to, że się nigdy nie ochrypnie - dopowiada Lichtman.

Po 14 dniach przyszedł na kolejne spotkanie Krzysiek i zaśpiewał jak już potem potrafił do końca życia. W ciągu zaledwie dwóch tygodni zrobił taki niewiarygodny postęp. - Niesamowity. Już wtedy się zapowiadał na fenomenalnego człowieka w branży. I tak się stało.

To spotkanie dwóch chłopaków, którzy przyjaźnili się do końca. Trudno wskazać dokładną datę ich spotkania. - To był 1963 rok, późnym latem. On był Elvisem, ja byłem Elvisem, Sławek Kowalewski (jeden z Trubadurów) był Paulem Anką. W tym czasie dowiedzieliśmy się o istnieniu The Beatles. Co to był za zespół szalony po Elvisie Presleyu, który wprowadza na listy przebojów aż pięć piosenek. To było nieprawdopodobne - opowiada Lichtman.

I tu mamy początek zespołu Trubadurzy. Panowie postanawiają założyć kapelę. - Krzysztof mianował mnie perkusistą, choć byłem gitarzystą śpiewającym. Ja mu na to, że nie umiem grać. On mi na to, to się nauczysz. Byłem zły na niego (śmiech), Sławek też go poparł. Ja się wtedy obraziłem na nich strasznie. Pomyślałem sobie “ty mi będziesz mówił, na czym mam grać?” Co więcej, Krzysztof i Sławek poszli do mojego taty i oświadczyli mu, że “panie Lichtman, pana syn nie będzie żadnym adwokatem, lekarzem, będzie muzykiem tak jak my. Niech pan mu kupi perkusję - wspomina muzyk.

Tata Mariana posłuchał rady Krzysztofa i Sławka i kupił perkusję. Panowie po cichu ściągnęli chłopaka “pod siódemki”, kultowe miejsce w Łodzi, i oświadczyli krótko: od teraz Marianku będziesz grał na tym, bo Ringo Starr w Beatlesach też śpiewa. Też będziesz solistą w Trubadurach, tak jak my. - I tak się stałem perkusistą. Ale nie żałuję - dodaje.

Od tego momentu nie było dnia, by młodzi nie spotykali się na wspólnym graniu. Byli jak nierozłączki. Ćwiczyli w MDK, tam, gdzie odbywały się wspomniane spotkania z piosenką. Także Łódzki Dom Kultury był miejscem prób dla Trubadurów.

Marian i Krzysztof już wtedy mieli swoje narzeczone, ich przyszłe żony. - One wcale się nie dziwiły, że chcemy być muzykami, w przyszłości znanymi. One nas wspierały. Tworzyliśmy rodzinę - wspomina.

Przyjaźń przyjaźnią ale na pewno zdarzały się sprzeczki, kłótnie. O co? - Kłóciliśmy się o akordy ale to szybko mijało. Jak w rodzinie.

Krzysztof był bardzo wrażliwym człowiekiem. - Któregoś dnia zaproponował mi braterstwo krwi na wzór amerykański. Któregoś dnia zaprowadził mnie do bramy niedaleko “siódemek”, miał przy sobie żyletkę, i powiedział “ja ci zrobię krzyżyk” na ręce. Poleci troszkę krwi. Ty mi też to zrobisz.

Jak powiedział, tak zrobił, to samo uczynił Marian. Po czym muzycy dołożyli rękę do ręki i “zmieszali krew”. - I tak się staliśmy rodziną. U obu pozostały blizny, u Mariana większa, u Krzysztofa mniejsza, bo Marian bardzo się bał i “machnął” żyletką delikatniej.

W tamtym czasie była muzyka, śpiew i bitwy. Bo Krzysztof nabrał trochę ciała. Poza tym wszędzie chodził z hantlami, Marian trenował boks. O dziewczyny się nie bili, bo nie musieli. Krzysztof miał swoją, Marian swoją.

U każdego młodego muzyka przychodzą chwile zwątpienia, czy jest sens dalej grać, bawić się w muzykę. U nich też takie się pojawiały. - To były dosłownie chwile. Po pół godzinie nam przechodziło, emocje mijały, zespół grał dalej.

Ich pierwszy koncert? - Pierwszy odbył się “Pod siódemkami”, a plenerowy w parku “Poniatowskiego”, gdzie rozwalono cały park. Połamano wszystkie ławki. Po koncercie mieliśmy duże problemy, choć to nie była nasza wina. Pojawiła się moda na fruwające marynary, a także na demolkę wszystkiego. Fani okazywali nam w ten sposób swoje uwielbienie - dodaje Lichtman.

Krzysztof już wtedy potrafił wszystko zagrać, zaśpiewać. Ludzie nawet opowiadali sobie, że Krawczyk wyśpiewa nawet całą książkę telefoniczną.

Marian Lichtman przy okazji rozmowy dementuje informację powielaną od lat, że Trubadurzy nagrali piosenkę do serialu “Wojna domowa”. - Mało tego, nam w tamtych czasach przypisywano autorstwo wszystkich piosenek. Śpiewaliśmy owszem ale w filmach Andrzeja Wajdy “Polowanie na muchy” i “Wszystko na sprzedaż”.

Co Marian Lichtman zapamięta najbardziej ze współpracy z Krzysztofem Krawczykiem? - Mieliśmy dziesięć lat pięknego życia artystycznego. Zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić w muzyce. Potem stał się solistą i bardzo mu się to należało - podsumowuje.

Krzysztof Krawczyk zawsze pamiętał o koledze. Nawet jak się nie udało im spotkać, to odbywały się spotkania w innym terminie. To były takie specjalne święta, bo Krawczyk musiał widzieć Trubadurów raz na jakiś czas.

Ostatnie wspólne święta Mariana i Krzysztofa? - To było chyba półtora roku temu. Krzysztof był bardzo gościnnym człowiekiem. On był osobą, która kochała innych. To jest najważniejsze.

Panowie ze sobą rozmawiali na odległość tak często jak to tylko było możliwe. Telefon od Krzysztofa zaczynał się od najnowszego kawału. Raz po kłótni, Krzysztof zadzwonił po dwóch miesiącach i mówi: Wiesz Marian, przeczytałem w jakiejś gazecie o nowej chorobie. Jakiej? O “mendopauzie”. Ty masz “mendopauzę” (i słychać śmiech w słuchawce).

Ich ostatni kontakt? - Dwa miesiące temu (rozmowa z Marianem Lichtmanem odbyła się 7 kwietnia 2021 r.) ale Krzysztof już wtedy był w złej kondycji. Umówiliśmy się na spotkanie, tradycyjne, świąteczne, niekoniecznie odbywające się w święta, jak mieliśmy w zwyczaju - mówi. Poza ty zawsze chciał, byśmy się razem godnie zestarzeli. To było jego motto - tak Marian Lichtman kończy swoją opowieść o Krzysztofie Krawczyku. Można ją ciągnąć bez końca.

Msza święta pogrzebowa Krzysztofa Krawczyka odbędzie się w sobotę, 10 kwietnia 2021 r., o godz. 12.00 w archikatedrze w Łodzi. O godz. 15.00 zaplanowano pogrzeb artysty na cmentarzu w Grotnikach”. Uroczystość ma mieć charakter państwowy.

Marian Lichtman, na początku swojej kariery gitarzysta i wokalista, od czasu spotkania z Krzysztofem Krawczykiem perkusista i wokalista, wciąż nagrywa, komponuje, występuje w wielu projektach muzycznych. Mieszka w Kopenhadze ale bardzo często można go spotkać w Polsce. Jak mówi, wciąż jest młody ciałem i duchem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie