Paweł Michalski: Wspinaczka to styl życia

Paweł Michalski to łódzki himalaista. Przeczytajcie rozmowę ze wspinaczem.

Z Pawłem Michalskim, łódzkim himalaistą, rozmawialiśmy o cienkiej granicy między ryzykiem a głupotą, pierwszym wejściu na Kościelec w wieku sześciu lat oraz tematach poruszanych w namiocie na wysokości kilku tysięcy metrów.

MM: Na swojej stronie internetowej (www.pawelmichalski.com) szczególne podziękowania kierujesz w stronę swojego ojca, Jerzego, który zaszczepił w Tobie miłość do gór. Czy stało się tak dzięki jego opowieściom o wspinaniu, czy też dopiero pierwsze wspólne wyprawy sprawiły, że dziś mogę rozmawiać z Tobą jako zdobywcą kilku ośmiotysięczników? Paweł Michalski:

Tak naprawdę, gdy ktoś mnie, pyta kiedy pierwszy raz byłem w górach to odpowiadam, że nie pamiętam. Zawsze byłem w górach. Całą rodziną część wakacji zawsze spędzaliśmy w Tatrach. W wieku 5 lub 6 lat wszedłem na Kościelec, oczywiście z tatą i starszym bratem. Mój ojciec nie musiał mnie specjalnie przymuszać do gór, bo ja po prostu dorastałem przy nich. Oczywiście, w tamtych czasach były ograniczone możliwości jeśli chodzi o wyjazdy zagraniczne.

Tak więc pierwszy etap, jeszcze w dzieciństwie, stanowiły Tatry. Później, po 1989 roku zaczęły się dopiero wyjazdy alpejskie, a od 2005 r. w Himalaje i Karakorum. W międzyczasie razem z tatą realizowaliśmy projekt Korona Ziemi, czyli zdobycie wszystkich najwyższych szczytów poszczególnych kontynentów. Weszliśmy na wszystkie oprócz Mount Everest, bo na to już nam zabrakło funduszy.

MM: Zaciekawiło mnie na jakiej zasadzie odbywa się wybór zespołu na taką wyprawę. Czy zależy to od wysokości danego szczytu, jego specyfiki? Paweł Michalski:

Zgodnie z takim, powiedzmy, książkowym sposobem, powinienem najpierw wspinać się z kimś np. ze środowiska łódzkiego, jeździć na skały, w Tatry, stopniowo coraz wyżej i wyżej. Istotne jest to, żeby dogadywać się z kimś w każdych warunkach. Wiele razy byłem świadkiem sytuacji, gdy wspinacze kłócili się między sobą, a czasami dochodziło do rękoczynów, bo trudno było opanować emocje na wysokości.

MM: A w jaki sposób Ty dobierasz swoich partnerów wspinaczkowych? Paweł Michalski:

Od kilku lat towarzyszą mi dwaj partnerzy: Włoch - Simone La Terra i Rumun - Alex Gavan. Podczas wyprawy na Gaszerbrum II byliśmy w zespole z Alexem, który z powodu kłopotów rodzinnych, musiał wracać do Rumunii. Natomiast Simone, który był w bazie obok również został sam, bo jego partner wyjechał. W bazie często się spotykaliśmy, dobrze nam się rozmawiało. A ponieważ zawsze bezpieczniej jest wspinać się we dwójkę, dogadaliśmy się, że razem stworzymy zespół. Udało nam się zdobyć szczyt i od 2008 roku byliśmy wspólnie na trzech kolejnych wyprawach. W podobny sposób poznałem Alexa Gavana na wyprawie w 2006 r. na Czo Oju w Nepalu.


[

Zobaczcie zdjęcia z wypraw Pawła Michalskiego

](http://www.mmlodz.pl/photo/1810527/Paweł+Michalski+na+szczycie+Gasherbrum+II)

MM: Jak długo trwają takie wyprawy?Paweł Michalski:

Wyprawa w najwyższe góry trwa od 1,5 do 2 miesięcy, a czasami dłużej. Natomiast w przypadku polskich gór czy Alp zwykle jest to weekend lub tydzień. W związku z tym według innych kryteriów dobiera się partnerów do długich wypraw, a według innych w przypadku krótkich wspinaczek, ponieważ wtedy nie trzeba przebywać z tymi osobami 24 godziny na dobę przez dłuższy czas

.

MM: Ile osób liczy grupa, która zdobywa ośmiotysięcznik?

Paweł Michalski:

Wspinam się sam albo z partnerem, tworząc dwuosobowy, mobilny zespół. Dzięki temu, że moi towarzysze są porównywalni ze mną w sensie fizycznym i wydolnościowym, np. tak samo szybko się aklimatyzują, nie ma problemu z natychmiastowym podjęciem decyzji, np. czy wspinamy się dalej czy schodzimy. Natomiast im większa ekipa, tym trudniej osiągnąć porozumienie, ponieważ każdy organizm inaczej reaguje i wówczas ciężko o jednomyślność w zespole. Takie wyprawy były bardzo popularne jeszcze w latach 80. i 90., ale obecnie światowy himalaizm ewoluował w kierunku mniejszych, mobilnych zespołów. Zwiększa to szanse wejścia na szczyt i szybsze jego zdobycie.



MM: Korzystacie z pomocy szerpów?

Paweł Michalski:

Szerpowie to tragarze wysokogórscy, którzy wynajmowani są przez wyprawy bądź poszczególnych wspinaczy po to, żeby im pomagać, nosić sprzęt itd. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji, gdy ktoś ma pieniądze, a brak mu umiejętności i siły by samemu dotrzeć na szczyt. Osobiście preferuję jednak wspinaczkę sportową, bez używania dodatkowego tlenu i korzystania z pomocy szerpów.



MM: Do której wyprawy najdłużej się przygotowywałeś, a która już na miejscu okazała się trudniejsza niż można to było przewidzieć?
Paweł Michalski:

Myślę, że najtrudniejsza była ostatnia, tegoroczna wyprawa na Dhaulagiri (szczyt w Himalajach - przyp. red.). Szczyt nie należy do najwyższych na świecie, więc wydawać by się mogło, że nie będzie większych trudności. Jednak gdy przyjechałem na miejsce, zobaczyłem jak ogromny i szeroki jest ten masyw to byłem wyraźnie zaniepokojony. Okazało się, że Dhaulagiri jest w czołówce niechlubnej listy szczytów, na których najczęściej dochodzi do wypadków  śmiertelnych.

Zdecydowaliśmy się zawrócić będąc 67 metrów (różnicy poziomów) poniżej szczytu. Następnego dnia wchodziła kolejna ekipa i okazało się, że 5 czy 6 osób zginęło. Była to dla mnie szczególnie męcząca wyprawa. Być może ze względu na wypadki, ale także dlatego, że planowałem zakończyć tę wyprawę w zdecydowanie krótszym czasie, natomiast spędziłem tam dwa pełne miesiące.MM: Jak wyglądają przygotowania do takiej wyprawy?Paweł Michalski: Przy każdym ośmiotysięczniku są podobne. Jedyna różnica polega na tym, że im wyższy szczyt ,tym dłużej trzeba się aklimatyzować. Biorąc pod uwagę ośmiotysięczniki, na których byłem, dochodzę do wniosku, że Dhaulagiri okazał się jednym z bardziej wymagających szczytów, zwłaszcza pod względem psychicznym.



MM: A co ze słynnym Mount Everestem, który pomimo, iż jest najwyższym szczytem na świecie nie uchodzi za szczególnie trudny do zdobycia?

Paweł Michalski:

Everest, jeśli mówimy o stronie nepalskiej, południowej przypomina autostradę. Cała trasa ma poręcze. Ludzie przypinają się do lin i idą do góry. Przy 400 czy 500 osobach, które tam co roku wchodzą statystycznie zawsze kilka zginie, choćby przypadkiem. Technicznie Everest nie stanowi problemu. Po drodze występują 2-3 trudniejsze momenty, ale przy pomocy szerpów łatwo można je pokonać. Wraz z ojcem próbowałem zdobyć Everest w 2005 r. od strony północnej, czyli chińskiej i jest to nieco trudniejsza trasa.



MM: Jaki jest cel Twojej wspinaczki? Dążysz do zdobycia konkretnego szczytu, ukończenia Korony Himalajów, a może jest to jakiś inna góra, niekoniecznie najwyższa, ale szczególnie trudna do osiągnięcia?

Paweł Michalski:

Przede wszystkim, chciałbym zawsze czerpać radość ze wspinaczki. Na razie mi się to udaje. Mimo tego, że zaraz po powrocie z wyprawy nie mam najmniejszej ochoty nawet myśleć o górach, to za tydzień czy dwa zaczynam planować kolejne nowe wyzwania. Z czternastu ośmiotysięczników zdobyłem cztery, ale Korona Himalajów nie jest moim nadrzędnym celem. Na całym świecie istnieje przecież dużo niższych, ale jednocześnie trudniejszych gór. Na pewno chciałbym pojechać po raz kolejny do Ameryki Południowej, zwłaszcza do Ekwadoru i Peru.



MM: Nie byłeś też na K2, o którym mówi się, że jest to „góra gór” - szczyt, który uchodzi za wyjątkowo trudny do zdobycia.

Paweł Michalski:

K2 jest trudne technicznie i wysokie, bo ma 8611 metrów. W ubiegłym roku kiedy byłem na Broad Peak przyjechała ekipa szerpów, którzy zaporęczowali całą drogę na K2 kładąc 6 tysięcy metrów lin. To był ewenement, bo za jednym razem na szczyt weszło ok. 20 osób. Wygląda więc na to, że K2 też się w jakiś sposób skomercjalizowało. Na pewno nie jeździ tam każdy, kto ma pieniądze i chęci, tak jak w przypadku Mount Everestu. Czy K2 jest najtrudniejsze z ośmiotysięczników? Niekoniecznie, bo również na niższych szczytach można spotkać ściany, które są prawie pionowe. Wszystko zależy od tego jaką drogą chcemy wchodzić.



MM: Wśród sponsorów Twojej ostatniej wyprawy na Nanga Parbat zauważyłem patronat prezydenta Łodzi. Jak wygląda Twoja współpraca z władzami miasta przy organizowaniu wypraw? Przecież zdobycie szczytu przez himalaistę to także promocja dla miasta, z którego zdobywca pochodzi.

Paweł Michalski:

Zwracałem się o pomoc do Urzędu Miasta tylko raz, w 2006 r. przed wyprawą na Czo Oju. Otrzymaliśmy wówczas ok. 3 tysięcy złotych. Zazwyczaj wygląda to tak, że po prostu wypełniam wniosek o patronat zamieszczony na stronie UMŁ. Jestem dumny z tego, że mieszkam w Łodzi. Jak spojrzysz na moje zdjęcia z wypraw to mam nawet naszywki „Łódź” na rękawach kurtek. Raczej nie zwracam się do miejskich urzędników po tego typu pomoc, ponieważ środki, które otrzymałbym są niewspółmierne do czasu, który musiałbym poświęcić na zmierzenie się z biurokracją. Podczas kadencji prezydent Hanny Zdanowskiej nie występowałem z żadnym formalnym wnioskiem o pomoc, ale być może zrobię to pod koniec roku skoro dostałem patronat (śmiech).



MM: Czy w którymś momencie podczas wyprawy czułeś, że zbliża się już granica Twoich możliwości?

Paweł Michalski:

Będąc wspinaczem musisz mieć odporną psychikę. Nie chodzi tylko o duże wysokości, ale o czekanie, umiejętność przebywania tylko ze sobą. Często jest tak, że podczas złej pogody siedzimy w bazie przez tydzień, niekiedy dwa. Wyżej jest jeszcze gorzej. Będąc uwięzionym w namiocie z drugą osobą dochodzisz do momentu, kiedy wszystkie tematy zostały już wyczerpane i po prostu nie ma o czym rozmawiać. Trzeba jakoś zagospodarować ten czas, choćby we własnej głowie.





MM: Oprócz silnej psychiki równie ważna jest zapewne wytrzymałość fizyczna?

Paweł Michalski:

Nie zdajemy sobie sprawy jak silny jest ludzki organizm, jak bardzo jest w stanie przesuwać granice wytrzymałości. Tak naprawdę wszystko jest w naszej głowie. Na przykład: wspinam się i wiem, że od szczytu dzielą mnie zaledwie dwie godziny. Nie ma czym oddychać, bo na wysokości ośmiu tysięcy metrów po dwóch krokach człowiek dyszy jak karp wyciągnięty z wody. I jednocześnie mam świadomość, że jak wejdziemy na szczyt, to będziemy wracać późną nocą. Wtedy najłatwiej pomylić drogę albo spaść.

Fizycznie byłbym w stanie te dwie godziny z siebie wykrzesać, ale potem z partnerem moglibyśmy już nie dać rady wrócić. A powrót w nocy powyżej ośmiu tysięcy metrów oznacza jeśli nie śmierć, to poważne odmrożenia. Trzeba znaleźć pewnego rodzaju kompromis pomiędzy rozsądnym ryzykiem a głupotą. Jeżeli ktoś jest zbytnio zmotywowany, za wszelką cenę chce osiągnąć cel, to popełnia błędy i już nie wraca z gór. Z drugiej strony, jeśli nie masz odpowiednio silnej motywacji to każda przeszkoda, która się pojawi, każde osłabienie organizmu jest pretekstem żeby powiedzieć „to ja dalej nie idę”. Sam staram się jakoś to wypośrodkować. Przesuwam tę granicę, ale nie przesadzam.



MM: Czy góry są dla Ciebie trochę jak narkotyk, a więc zdobycie jednej powoduje chęć wejścia na kolejną? A może przyciąga Cię tam adrenalina, która towarzyszy wspinaniu się na najwyższe góry świata?

Paweł Michalski:

Alpinizm, himalaizm to nie tylko wyprawa, ale i styl życia. Chcąc się wspinać w jakichkolwiek górach musisz być w formie, musisz trenować. Bieganie, rower, ścianka, siłownia stanowią podstawę. Zawsze namawiam moich kolegów, którzy ze sportem są trochę na bakier, żeby zmusili się do biegania przez dwa tygodnie. Mówię do nich: zobaczysz, że po dwóch tygodniach sam poczujesz potrzebę żeby wyjść i pobiegać. Staram się mieć racjonalne podejście do tego, co robię.Kiedy zdobędę szczyt, to odnoszę kolejny sukces.

Gdy mi się nie uda, nawet drugi czy trzeci raz, nie załamuję się i nie odpuszczam. Ważne są dla mnie relacje z ludźmi w bazie, którzy pochodzą z całego świata. Rozmawiasz z nimi, poznajesz ich, a potem spotykasz na kolejnych ekspedycjach. Niektórzy uważają, że ten sport jest bardzo egoistyczny. Bo nie dość, że nie ma mnie przez 1,5-2 miesięcy w domu, to  w tym czasie narażam swoje zdrowie i życie. Ale taką drogę wybrałem, więc trudno z niej zejść. Na pewno w jakimś sensie jest to narkotyk, ale przede wszystkim to jest styl życia.


Paweł Michalski –

łódzki alpinista i himalaista, członek Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego, adiunkt na Wydziale Organizacji i Zarządzania Politechniki Łódzkiej. Swoje wyprawy dokumentuje na stronie oraz na Facebooku.

Adam Tubilewicz

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Więcej na temat:
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3