Wywiad z Piotrem "Barielem" Tomczykiem (zespół Imperator)

wowarz
wowarz
Imperator – zapomniana legenda polskiego death metalu. Jedenastoletnia przygoda (1984-1995), cztery wydawnictwa demo, jedna płyta długogrająca i tuzin wspomnień. O zespole opowiedział pokrótce Piotr „Bariel” Tomczyk – gitarzysta, wokalista, a przede wszystkim założyciel i lider formacji.

Zespół Imperator powstał w 1984 roku i stanowił swojego rodzaju fenomen w kręgach polskiej muzyki, prawda? Czułeś, że tworzysz coś nowego? Byłeś świadomy, że być może przecierasz szlaki kolejnym generacjom? Opowiesz coś o więcej o polskiej muzycznej rzeczywistości tamtego czasu?

Minęło kilka lat od 1984, prawda? (śmieje się) Czy czułem, że tworzę coś nowego? Niełatwe pytanie. To, co jak sięgnę pamięcią, zawsze mi towarzyszyło to naturalna niechęć i brak wewnętrznego przyzwolenia na „zaczerpywanie” z dorobku innych. Klaryfikując, kiedy tworzyłem jakiś riff, składałem nowy kawałek i usłyszałem w nim cokolwiek, co mogło przypominać coś innego (dajmy na to fragment utworu innej kapeli, jakiś chociażby podobny motyw) natychmiast z tego rezygnowałem i nigdy do tego nie wracałem. Wszyscy, którzy mnie wtedy znali i nawet niekoniecznie ze mną grali, mogliby to zapewne potwierdzić. Był moment, że wyjechałem na jakiś czas (wyjazd Bariela do Wielkiej Brytanii w 1992 roku – przyp. red). Mefisto (gitara basowa- przyp. red) z Carolem (Karol Skwarczewski, perkusista w latach 1989-1993 – przyp. red) i Quackiem (gitara elektryczna w latach 1991-1993) składali jakiś nowy numer, może dwa... Kiedy po 2 miesiącach wróciłem nie było szansy, żebym nie wprowadził zmian, nie przearanżował tego tak, żeby nie było wątpliwości: to jest IMPERATOR a nie coś, co brzmi podobnie do czegoś innego. Mdliło mnie na samą myśl, że są kapelę, które w ten sposób „piszą” nowe kawałki. Gardziłem tym. Zawsze miałem szczere poczucie, że robimy coś swojego. Inną rzeczą jest fakt, że nie uda się uniknąć sytuacji, kiedy to dwie kapele równocześnie (dajmy na to w Polsce i w Stanach) stworzą jakiś motyw, który może brzmieć podobnie. Nie takie tuzy jak skromny ja się o tym przekonały. Czy przetarłem szlaki? Na pewno czuję się bardziej „leader” niż „follower”, żeby tak posłużyć się tu - par excellence - cytatem z Napalm Death. Jeśli chodzi o ówczesną muzyczną rzeczywistość to w Polsce, na początku naszej działalności nie było żadnej kapeli, która miałaby chęć i wizję grania tak jak my. Ja przynajmniej tego nie pamiętam. Ludzie nie mieli takich pomysłów. Kiedy inni słuchali TSA (z szacunkiem dla tych panów) ja słuchałem demówek Iron Angel, Sodom i Bathory. Kiedy inni odkrywali zespół Metallica (z pierwszej czy drugiej płyty), dla nas w IMPERATOR, było to już wówczas, z jak najbardziej zrozumiałych względów granie wolne i mało „brutalne”. Cenię tą kapele za ich 2 pierwsze płyty, ale wówczas ktoś, kto słuchał Metallici był softem. I tyle. My słuchaliśmy nowości z tapetradingu (pisałem już wówczas z bez mała całym światem) i to nas napędzało. Należy oczywiście wspomnieć o grupie z Olsztyna. Był Vader, będący jednak przez kilka swoich pierwszych lat baaardzo Slayerowy, i tym samym nie wzbudzający mojego wielkiego szacunku, jeśli chodzi o innowacyjność. Owszem, mieliśmy z Czarnym (ich vocalem) i Peterem dobry kontakt, grywaliśmy razem jakieś gigi, ale podążaliśmy w innych kierunkach. Bardziej podobało mi się to, co robiła Moskwa z pierwszego składu niż Vader. Pozostałe kapele? To był heavy metal. Może niekiedy szybszy thrash. Ja wiedziałem, że musi być szybciej niż na pierwszej epce SODOM i koniec. W tamtych latach w Polsce nikt nie grał „tempa”, „jedynek”, jak to w IMPERATOR nazywaliśmy (Sandoval z MORBID ANGEL twierdzi, że to on wymyślił „blasts” – może i tak, a może zbiegło się to z moją wizją muzyki w połowie lat 80-tych). Ale sprawa perkusisty i umiejętności, które umożliwiłyby mu wówczas zagranie tempa, które gra się obecnie ma się nijak do lat 80-tych. Na takim sprzęcie jaki wtedy był dostępny, bez „rowerków”, samplowanych i wyrównywanych uderzeń stóp, nie można było liczyć na cuda. My zawsze mieliśmy kłopoty z obsadzeniem tej pozycji w kapeli. Było wiele zmian. Wiele osób przesłuchiwaliśmy. Nic z tego. Później pojawił się w Polsce jeden „garowy”, który umiał grać bardzo szybko. Tak szybko jak chciałem. Ale niestety mieszkał bodajże w Lidzbarku Warmińskim i niestety dla mnie, miał bliżej do Olsztyna. Między innymi dlatego znalazł się finalnie w Vader. Chodzi mi o nieżyjącego Docenta. Intuicyjnie czuję, że gdybym miał go w składzie w latach 80-tych historia IMPERATOR potoczyłaby się inaczej. Uważam, że to na nim w zdecydowanie głównej mierze oparł się sukces olsztynian.

Kapela powstała głównie z Twojej inicjatywy. Jak doszło do narodzenia się pomysłu założenia zespołu? Domyślam się, że zainteresowanie muzyką ciągnęło się od dzieciństwa? Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś, że chciałbyś tworzyć coś własnego, chciałbyś występować na scenie? Jak wyglądały Twoje marzenia? Opowiesz o swojej przygodzie z gitarą?

Sięgając głębiej, należy cofnąć się do jakiegoś 1982 roku. To była (w ówczesnym – chyba jednak edukacyjnie zdrowszym – systemie) 8 klasa podstawówki. Było kilka osób, które słuchały na starych magnetofonach szpulowych polskiego, rodzącego się dopiero rocka, a ponadto istniejących już zachodnich kapel typu AC/DC, Led Zeppelin czy Deep Purple. Kupowało się więc (w Centralu – łódzki dom handlowy - czy gdzieś tam indziej) ORWO’skie taśmy szpulowe i targało wielokilogramowego „ipoda” do kumpli i przegrywało te rzeczy. No i oczywiście kilometrowe kolejki pod PSJ-tem (Polskie Stowarzyszenie Jazzowe) u zbiegu Piotrkowskiej i Narutowicza, gdzie można było załapać się na jakiś nowy winyl rodzącej się polskiej siły muzycznej. Wówczas, w tej mojej, wiecznie czegoś głodnej, głowie zaczął się rodzić pomysł na założenie kapeli. Kolesie z podstawówki dość szybko z pomysłu odpadli. To było Śródmieście (Gdańska przy Obrońców Stalingradu – niezły zbyt, co?) i ogólnie rzecz biorąc mało wyszukany neigborhood. Był to czas rejonizacji i nie mogło się wybierać sobie szkoły. Gdzie mieszkałeś, tam gnałeś i tyle. Tam Cię przydzielali. Żadnych rozkapryszonych fanaberii (śmieje się). Summa summarum, kumple ze szkoły bardziej zaczęli interesować się szemranym kombinowaniem „na życie” niż jakimiś tam muzykowanie

Jesienna turystyka w Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie