Rok 2020 - Kultura wciągnięta do sieci. Podsumowanie rok 2020 w kulturze

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Teatr im. Stefana Jaracza świetną premierę muzycznego widowiska „Róbmy swoje...” mógł pokazać na scenie tylko raz, na dzień przed ponownym zamknięciem instytucji kultury Dariusz Pawłowski
Precyzyjne projekty zdominowały artystyczną spontaniczność i emocje - dla kultury rok 2020 był trudny i wyjątkowy, jak żaden inny. W świecie filmu decydującą rolę zajęły portale streamingowe, teatry przeniosły swoje premiery do sieci, a muzycy organizowali liczne koncerty online. Wszystko wskazuje na to, że hybryda kultury w sieci i na żywo będzie już stałą formułą

Rok 2020 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia... - że sięgniemy do klasyka. Intensywnie zastawiamy się, co zwiastują „klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, które tak gwałtownie dotknęły rozpędzoną kulturę w tym dziwnym, kończącym się roku. Jak długo będzie się musiała ona podnosić po wielomiesięcznym zamrożeniu, czy widzowie będą gotowi szybko do instytucji kultury powrócić, co pandemia zabrała nam bezpowrotnie. Na pewno jednak wiemy jeszcze wyraźniej, że choć zdarza nam się na działania artystów ponarzekać, bez nich i spotkań z ich talentem jest znacznie gorzej.

Sztuka w komputerze

Symbolami roku 2020 w kulturze pozostaną rozjarzony ekran komputera i zmęczone od wpatrywania się w niego oczy. Apele o pozostawanie w domach i praca zdalna z jednej strony związały nas z tym sprzętem w sposób przekraczający rozsądek, z drugiej strony dla artystów i instytucji kultury internet stał się właściwie jedyną formą docierania do odbiorców i pozostawania w ich pamięci (a także pozyskiwania ministerialnego i samorządowego wsparcia). Okazało się, że ludzie sztuki i placówki, z którymi są związani efektownie i efektywnie nowe medium zaadaptowali do swoich potrzeb, przenosząc do sieci własne dokonania, a następnie realizując przedsięwzięcia specjalnie dla internetowego odbiorcy przeznaczone. Powstało nawet uczucie przesytu, połączone z dyskomfortem wynikającym z tego, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego śledzić, z każdym dniem powiększają się zaległości, a z online’owej rzeczywistości niełatwo wyłowić same perły. Tym bardziej, że przypadłością internetu jest ujednolicanie użytkowników w ramach grup, którym ma się podobać to samo, a zarazem w swojej obfitości równoważenie tego, co dobre z tym, co przeciętne, a nawet słabe. Ba, w internecie zachwyt zespołem Akcent znaczy tyle samo, co hołdy oddawane Mozartowi, a podejmowanie na ten temat jakiejkolwiek dyskusji kończy się wrzuceniem adwersarza do worka z łatwą do wyartykułowania „łatką” - w naszym kraju najczęściej związaną z danym obozem politycznym czy grupą społeczną.

Do internetu weszły zatem teatry, które najpierw zobaczyły, że odłożone do ich archiwów rejestracje spektakli charakteryzują się jakością uniemożliwiającą publiczną prezentację, a następnie na własnych stronach, w mediach społecznościowych czy rozmaitych portalach zaczęły przedstawiać nowe premiery czy działania okołoteatralne. W sieci mogliśmy w tym roku zwiedzać kolekcje większości muzeów na świecie, w internecie odbywały się wernisaże wystaw. W mijającym roku mieliśmy okazję uczestniczyć w niezliczonej ilości koncertów muzycznych - i to zarówno występów solowych, jak i prezentacji całych orkiestr czy olbrzymiej liczby wykonawców łączących się z innymi muzykami z własnych domów. W wersji online odbywały się najważniejsze festiwale różnych dziedzin sztuki - od Camerimage, po niedawny Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi.

Koniec kin?

Przede wszystkim jednak internet stał się naturalnym środowiskiem dla filmu, któremu bezwzględnie odebrano kina. I wygląda na to, że właśnie w tej dziedzinie przemiany mogą być najgłębsze. Konieczność oglądania filmowych produkcji z tapczanu przyniosła bowiem nadzwyczajne profity telewizjom streamingowym, a tacy giganci, jak Netflix, HBO GO, Disney+, Amazon Prime, Apple TV+, Canal+ zaczęli dyktować warunki największym wytwórniom filmowym i stały się platformami, gdzie swoje premiery mają najgłośniejsze tytuły, dotychczas zapełniające milionową widownią sale kinowe na całym globie.

Najgoręcej omawianymi dziełami stały się kolejne seriale, które większości internautom zastąpiły czytanie powieści. Ale głośna była również decyzja Disneya, który niezwykle wyczekiwaną i ocenianą na jeden z hitów roku aktorską wersję filmu „Mulan”, po kilku zmianach terminu premiery, umieścił od razu - ale za dodatkową opłatą - w serwisach Vod. Tak też stało się z takimi filmami, jak „Capone” (w roli głównej Tom Hardy), „Niewidzialny człowiek”, „Emma”, musical „Hamilton”, „Kolejny film o Boracie”, „Proces siódemki z Chicago”. W Polsce tę drogę przecierał wiosną horror „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, który zamiast do kin, trafił od razu na platformę Netflix. Były też takie produkcje, które jeszcze przed pandemią planowano od razu umieszczać na portalach streamingowych, co świadczy tylko o tym, iż ten rodzaj dystrybucji najważniejszych produkcji jest coraz bardziej znaczący i prawdopodobnie w nowym roku będzie należał do decydujących. Takim filmem jest chociażby „Misja Greyhound” z samym Tomem Hanksem w roli głównej, opowiadający o wojennych zmaganiach niszczyciela USS Keeling pod dowództwem religijnego komandora Ernesta Krausego.

Premiery licznych produkcji zostały przeniesione na rok 2021. Najgłośniejszym tego rodzaju „transferem” jest przełożenie na kwiecień przyszłego roku najnowszej odsłony przygód Jamesa Bonda - „Nie czas umierać” (ostatniej, w której wziął udział David Craig), a którą mieliśmy oglądać w kinach wiosną tego roku. Producenci filmu prowadzili nawet rozmowy w sprawie udostępnienia produkcji z serwisami streamingowymi, ale postawili - jak się okazało - zaporową cenę.

Także dopiero w przyszłym roku mają mieć premiery takie elektryzujące fanów tytuły, jak „Czarna Wdowa”, „Batman”, „Mortal Kombat”, „Eternals”, „Szybcy i wściekli 9”, „Jurassic World: Dominion”, a z polskich tytułów np. „Listy do M. 4” czy kolejna część serii „Kogel-mogel”. „Wonder Woman 1984” w Polsce mamy zobaczyć dopiero w styczniu, w USA film jednak ostatecznie zadebiutował w świąteczny, grudniowy weekend jednocześnie w streamingu i w tej części kin, które działają. Produkcja w weekend otwarcia zarobiła niecałe 17 milionów dolarów. Przed rokiem byłaby to katastrofa, teraz to rekord czasu koronawirusa.

Odwoływanie premier i zamykanie instytucji kultury może się okazać gwoździem do trumny dla wielu kin i może to dotknąć przede wszystkim sieci multipleksów, które żyją z tzw. blockbusterów. W październiku zmroziła branżę informacja, że działająca na całym świecie firma Cineworld (w Polsce należy do niej Cinema City, mająca kino m.in. w łódzkiej Manufakturze) zamyka, przynajmniej czasowo, wszystkie swoje kina w USA, Wielkiej Brytanii i Irlandii, zwalniając pięć i pół tysiąca pracowników.

Wiele kin zaczęło się zamykać (działalność zawiesiła np. słynna warszawska Kinoteka) inne zastanawiają się na swoją przyszłością. Jeżeli uda się ten fatalny czas przetrwać, przyszłość może być łaskawa dla takich uznawanych dotychczas za niszowe placówek, jak łódzkie Charlie, które ma wyraźny program i latami pracowało na budowanie własnej publiczności. Pomysłowość, zaangażowanie, działanie na różnych polach, a przede wszystkim kreatywność i oryginalność propozycji powinny sprawić, że właśnie do takich miejsc - bardziej ośrodków kultury niż tylko kin - widzowie wrócą najchętniej.

Polskie kino walczy

W krótkich okresach przebijania się przez „ostry cień mgły”, mogliśmy jednak zobaczyć kilka ważnych dla tego roku polskich filmów. To chociażby zrealizowane przez Władysława Pasikowskiego „Psy 3. W imię zasad” z Bogusławem Lindą i Cezarym Pazurą (który nareszcie przypomniał, że jest aktorem). To także „Sala samobójców. Hejter” Jana Komasy, „Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej (polski kandydat do Oscara), „Zieja” Roberta Glińskiego, udany dokument „Tony Halik” Marcina Borchardta. Hałasu narobiły takie koszmarne produkcje, jak ‚Zenek”, „365 dni”, czy najnowszy wyrób Patryka Vegi - „Pętla”.

Ale najważniejszymi filmowymi dziełami roku wydają się „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” Jana Holoubka, opowiadający o jednej z największych porażek rodzimego wymiaru sprawiedliwości oraz nagrodzony na tegorocznym, oczywiście online’owym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, animowany „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, opowiadający o Łodzi i zrealizowany przez urodzonego w Łodzi Mariusza Wilczyńskiego. Ten drugi film, zgodnie okrzyknięty arcydziełem, powstawał aż czternaście lat, a pandemia odebrała mu prawdopodobnie triumfalny pochód po festiwalach (sukces odniósł już na Berlinale) na całym świecie. Teraz czekamy na jego nominację do Oscara w kategorii Najlepszy film animowany.

Scena na ekranie

Ułomność funkcjonowania w sieci dała się nadzwyczaj silnie odczuć w przypadku teatru, który opiera się przecież na naturalnym i energetycznym, „żywym” kontakcie widza z aktorem.

- Nawet najlepsze przedstawienie online jest zawsze erzacem spektaklu na żywo. Ale abyśmy mogli przetrwać pandemię, musimy zawalczyć o utrzymanie więzi z widzami, o poczucie wspólnoty - przyznała przy okazji najnowszej premiery Teatru Powszechnego („Rodziny” Antoniego Słonimskiego w reżyserii Wojciecha Malajkata) jego dyrektor, Ewa Pilawska.

Łódzkie sceny bardzo dobrze poradziły sobie z pracą online. Nie tylko poprzez prezentację przedstawień. Szczególną aktywnością wykazały się Teatr Nowy im. K. Dejmka (wiele akcji, pokazów, działań edukacyjnych oraz udany cykl „Opowieści z baru Kokos”), wspomniany Teatr Powszechny (gdzie powstał nawet teatralny serial „Pomoc domowa radzi”) czy Teatr Wielki, a także oba teatry lalkowe - Arlekin i Pinokio. Nieco spokojniejsze w zakresie internetu okazały się Teatr Muzyczny (które za to uruchomiło Radio Lutnia) i Teatr im. S. Jaracza (ale czytanie „Ziemi obiecanej” przez aktorów sceny to gotowy materiał na audiobooka). Trudno jednak poszczególne przedsięwzięcia porównywać, gdy prawdziwi teatromani marzą jedynie o ponownym zajęciu miejsca w teatralnym fotelu (nawet, gdy najpierw będą musieli pokonać oczywisty strach przed gromadzeniem się). Sporadycznie teatrom w minionym roku udało się pokazać nowe spektakle na scenie - chyba najbardziej absurdalna sytuacja dotknęła Teatr im. S. Jaracza, który świetną premierę muzycznego spektaklu z utworami Wojciecha Młynarskiego - „Róbmy swoje...” w reżyserii Jacka Bończyka - mógł pokazać tylko raz, na dzień przed ponownym zamknięciem instytucji kultury. Nie rozegrał się, tak jak powinien, potencjalny hit Teatru Muzycznego „Prosimy nie wyrywać foteli” (a premierę musicalu „Pretty Woman” trzeba było przenieść na przyszły rok). Teatr Wielki ucieszył na początku roku widzów baletem „Grek Zorba”, by swoje najnowsze produkcje prezentować już online („Don Pasquale”). Teatr im. S. Jaracza gwałtownie zmienił dyrektora, jeszcze w lutym dawał np. tak udaną premierę, jak „Dzieci widzą duchy”. Wśród doprowadzonych na scenę premier Teatru Nowego im. K. Dejmka były „Humanka” czy „Kto odkrył Amerykę?”, Teatr Powszechny przedstawił „Najpierw kochaj, potem strzelaj”, a „Wykapany zięć” był pierwszą polską premierą na żywo Teatru Telewizji czasu pandemii. Teatr Arlekin zrealizował na scenie świetną „Wędrówkę Nabu”, pokazał „Jak zostałam wiedźmą” i zbierał nagrody za „Rutkę”, a Pinokio ucieszył spektaklem „Ander-Sen” i przywołał „Duchy teatru”. Walczył o przetrwanie teatr Fundacji Kamila Maćkowiaka, m.in. bardzo dobrą premierą monodramu „Klaus. Obsesja miłości”. Online’wo gra i to jest wyjątkowe doświadczenie - Filharmonia Łódzka. Lecz tęsknota za zespoleniem sceny i widowni jest olbrzymia - z pewnością każdy spektakl czy koncert po powrocie będzie się kończył owacją na stojąco. Z obu stron.

Ból braku muzyki

Muzycy w tym roku zaszyli się w domowych studiach. Koncerty głównie odwoływano, wielkie wydarzenia poprzekładano na następne lata. Z takiego ukrycia czasem wyniknęły znakomite płyty, jak zrealizowany całkowicie w domowych pieleszach solowy album 78-letniego Paula McCartneya, na którym muzyk zagrał na wszystkich instrumentach. Zaskoczył wydaniem albumu (klasowego!) zespół AC/DC. Dużo się działo i w Polsce, ale być może najmocniej zapamiętamy Kazika i jego „Twój ból jest lepszy niż mój”...

Dawno żaden czas nie poobijał tak sfery wrażliwości i poruszeń, jak kończący się rok 2020. Zatem roku 2021. Oddawaj nam kulturę!

Aleksandra Pisula jako Olga Lipińska. "To marzenie dla aktora"

Wideo

Materiał oryginalny: Rok 2020 - Kultura wciągnięta do sieci. Podsumowanie rok 2020 w kulturze - Dziennik Łódzki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie