Publiczność wchodzi do olsztyńskiego Teatru im. Stefana Jaracza po wspaniałych, nowowybudowanych schodach. Podobno nawet podgrzewanych! Ja wybrałem inną drogę, od tyłu, przez skrzypiące drzwi. Otwierają je aktorzy i wszyscy, którzy odpowiadają za tworzenie magii teatru.
Wiemy już, że duch teatru jest chytry, skrywa się za zasłoną czarodziejskiej różdżki i oferuje bywalcom oszukaną rzeczywistość - mówi tajemniczo Andrzej Fabisiak, zastępca dyrektora tetaru i prowadzi do swego gabinetu, zwanego gabinecikiem. Dziś zgodził się być dla mnie przewodnikiem w poszukiwaniu ducha teatru. Dosłownie ducha.
Gabinecik czyli "wąska kiszka" Andrzeja Fabisiaka, zastawiony jest stylowymi meblami. Pierwsze skojarzenie: "Jak w muzeum".
- W muzeum obejrzy pan oryginały, a my staramy się wskrzeszać przeszłość zreęczną robotą współczesnych fachowców - tłumaczy z uśmiechem Andrzej Fabisiak. - Czy już mówiłem, że teatr stoi na oszustwie? Rzadko korzystamy z prawdziwych zabytków. Większość mebli jest wykonywanych przez naszą pracownię.
Ostatnio przeżyliśmy wielkie udawanie przy "Ogrodach szczęśliwości" Krasickiego, bo szyliśmy XVIII-wieczne kostiumy! Bywa też, że przychodzi do mnie rekwizytor i mówi "Zabieram biurko do sztuki". No i wtedy zostaję bez biurka.
Kiedyś w teatrze pracował kierownik techniczny, który do pewnego spektaklu zamówił drzwi takie, jakie były w opisywanej epoce. Długo je instalowano, bo były szalenie solidne, ciężkie, prawdziwe. Podłoga ich nie wytrzymywała. - Dlatego chętnie korzystamy z atrap, sztukaterii, ale tak, żeby widz miał wrażenie, że wszystko jest autentyczne - opowiada dyrektor Fabisiak.
Gdyby w latach siedemdziesiątych ktoś powiedział Andrzejowi Fabisiakowi, że będzie pracował w teatrze instytucjonalnym, bardzo by się zdziwił. Wtedy, gdy tworzył teatr alternatywny, był on dla niego sposobem na życie.
- Dobrze pamiętam swój pierwszy dzień pracy w olsztyńskim teatrze wspomina Andrzej Fabisiak. - Byłem ciężko przestraszony! Czułem, że przekraczam próg zaczarowanej krainy, z tradycjami i przesądami. Wiedziałem, że nikt nie zastosuje tu ulg i albo się znajdę w tym miejscu, albo wylecę.
Podobno teatr odrzuca ludzi złych, tych którzy nie lubią pracy w zespole, nie potrafią kłamać, bo - może to trudno zrozumieć - ale w teatrze czasami trzeba kłamać, żeby nie kłamać.
- Duch teatru wynika z tego, że ludzie silnie identyfikują się z miejscem pracy - mówi dyrektor Fabisiak. - Aktor grający Hamleta, wie, że grają na niego partnerzy na scenie i to zarówno Ofelia jak i halabardnicy, szewcy, stolarze, garderobiana. Tego ducha tworzy także publiczność, która wspólnie aktorami wypełnia fluidami przestrzeń teatru.
Pracownicy teatru czują, że wszędzie tkwią cząstki ludzi tak silnie związanych z tym miejscem, że nawet po śmierci odwiedzają teatr.
Ducha możemy więc spotkać wszędzie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ktoś za życia zasiał cząstkę siebie, oddał ją widzom, a ta rozproszona krąży po budynku. Może pojawić się w przestrzennym holu, ale i zakurzonym zakątku.
Szuamy więc.
Ruszymy na badania "terenowe" teatru, zaczynając oczywiście od mrocznych podziemi. Najpierw wchodzimy pod scenę, gdzie w wielkiej klatce z siatki jest zapadnia. Dzięki niej mógłby spod ziemi wyskoczyć jak Lucyfer! W ciągu trzydziestu sekund widz może przenieśc swą wyobraźnię z wnętrza pałacowego na leśną polanę. Tu też znajdował się mechanizm sceny obrotowej, który w tajemniczych okolicznościach zaginął w czasie wojny - krążą plotki, że teraz pracuje w jednym z warszawskich teatrów.
Idziemy na przysłowiowego "pewniaka", czyli do kanału dla orkiestry, gdzie wiadomo, że straszy "Duch w operze". Olsztyński teatr był przygotowany do grania oper i operetek. Podobno przed wojna grano w nim "Tetralogię" Wagnera. - Jeśli opera była na wysokim poziomie, to mogła zagrać "Tetralogię" - zapewnia dyrektor Fabisiak. - Jest ona tym dla oper, czym dla teatrów "Wesele" Wyspiańskiego.
Przed wojną, w drodze do Królewca, zatrzymywały się w Olsztynie najlepsze orkiestry. Do dziś pozostał podest dla muzyków i wnęka dla dyrygenta. Nie ma tylko śladu po klasycznej budce suflera.
- Kiedyś budkę suflera widziałem we Lwowie - wspomina Andrzej Fabisiak.
W kanale pracownicy teatru słyszeli czasami dźwięki pojedynczych instrumentów. Wiemy więc, że duch olsztyńskiego teatru może być muzykiem, który wybrał to zapomniane miejsce na wykonanie solówek, osobistych koncertów. Mijamy kilka składzików, schodków prowadzących w ciemność dostępną tylko kilku fachowcom i dochodzimy do teatralnego Hefajstosa, czyli do ślusarni. Tu o duchu się nie mówi. Ostatni rzut oka na piwnice i wzrok łapie kurek od kurtyny wodnej.
Na parterze wchodzimy do rekwizytorni, królestwa Mirosława Więckowskiego. Najtrudniejszą rzeczą jaka musiał zrobić był aparat fotograficzny, lejący wodą i wystawiający język z obiektywu po zrobieniu zdjęcia. Oczywiście to dziwactwo powstało specjalnie do sztuki Woody Allena.
Obok w wysokim na kilka metrów pomieszczeniu składowane są elementy dekoracji i jest nawet droga dla samochodu - na wypadek, gdyby scenariusz przewidywał wjazd na scenę pojazdu mechanicznego. Wchodzimy na scenę, która jest o wiele głębsza niż się to widzom wydaje. Za to z niej doskonale widać najdalsze zakątki widowni. Doskonała akustyka sprawia, że głos bez zbytniego wysiłku dociera wszędzie. Po lewej stronie jest maleńkie pomieszczenie suflera przypominające konfesjonał.
- Irena Telesz nie lubi i nie potrafi grać pod suflera - opowiada dyrektor Fabisiak. - Za to Władysław Jeżewski doskonale potrafi korzystać z podpowiedzi suflera, co wcale nie oznacza, że musi.
Tuż za suflerem siedzi inspicjent, czyli człowiek odpowiedzialny za pojawienie się aktorów w kulisach na czas. Zadzierając głowę zajrzymy do komina scenicznego, czyli miejsca gdzie w górę podjeżdżają sztankiety z dekoracjami, a po prawej otwiera się królestwo rzeczy tylko pozornie dziwnych. Są tam dekoracje i dwupiętrowy magazyn rekwizytów. Wyżej stoją meble, ławeczki, a honorowe miejsce zajmuje kajak! Schodząc niżej pierwsze co ujrzymy, to różową muszlę klozetową niezbędną w spektaklu "Prezydentki".
Głębiej widać talerze z plastyku, który udaje brąz, pętka kiełbas z tworzyw sztucznych, nadzwyczaj lekkie hełmy, szable i podróbki sprzętów domowego użytku. Tutaj znajdziemy butelki po wypitej w latach sześć dziesiątych oranżadzie oraz korony władców. Jest też dobre miejsce na opowieści z "zielonych przedstawień", ostatnich, gdy aktorzy robią sobie dowcipy.
- Nie zapomnę wpadki, która mogła spalić całe przedstawienie - wspomina Andrzej Fabisiak. - Gramy "Wesele", przychodzi redaktorka z radia mówiąc, że radio chce zrobić nagranie. Wyraziliśmy zgodę, sądząc, że będzie ono po przedstawieniu. Patrzymy, na scenę wychodzi Poeta, mówi "Snuje się dramat", a za nim pojawia się pochylony mężczyzna z kablem od radiowego mikrofonu!
Schodząc ze sceny odkrywamy jeszcze urządzenia kurtyny wodnej, o której istnieniu mało kto słyszał.
Na tablicy informacyjnej wisi kartka z napisem tytułowym ,Wypadki śmierci". To często jedyne zródło informacji o tragicznych losach starych kolegów. Naprzeciw niej znajdują się garderoby i perukarnia. Jedną ścianę zajmuje rząd czterech luster i krzeseł dla aktorów. Nad kanapą drążek na ubrania przebierających się artystów. Nie ma tu klimatu znanego z filmów. Takiego z adoracją, romansem...
W perukarni rozmawiamy przyozdobieni przez Halinę Lewandowską perukami z "Ogrodów szczęśliwości". Mnie przypadła rola dworzanina, a dyrektorowi amanta. Pani Halina mocuje skuwkami peruki do tiulowej czapki nakładanej na głowę grającego. W pracowni dominuje zapach kojarzący się z herbaciarnią, ale to tylko przedziwny melanż chemikaliów. Dziełem pani Haliny był mężczyzna zrobiony na Marlenę Dietrich. Musiała nad nim pracować dwie godziny.
- Redaktorzy dziwili się, że to mężczyzna - chwali się pani Halina. Ona też nie lęka się mówić, że miała spotkanie z duchem.
- Późnym wieczorem szłam korytarzem, gdy nagle od strony portierni usłyszałam odgłos spadającego różańca - wspomina. - Nie wiem, dlaczego pomyślałam, że to różaniec! Następnego dnia dowiedziałam się, że w nocy zmarł jeden z naszych aktorów.
Bufet to szczególne miejsce w teatrze. Od trzynastu lat rządzi w nim Jadwiga Łukaszewicz.
- Aktorzy jedzą wszystko i nie wybrzydzają - mówi. Gdy pytam o gwiazdy, które się u niej stołowały, to mówi, że ostatnio była tu Eleni i Kobuszewski. Jedli sałatki jarzynowe.
- O północy coś się dzieje w teatrze - odpowiada pani Jadwiga pytana o ducha. - Nie jestem bojaźliwa, ale czasami proszę portierkę, żeby mi towarzyszyła, gdy idę do wyjścia. Czasami nie opuszcza mnie wrażenie, że ktoś chodzi po teatrze lub że jest obok.
Andrzej Fabisiak także spotkał ducha, na parterze.
- To była gdzieś pierwsza albo druga w nocy - opowiada. - Stałem z jeszcze jedną osobą w holu, przy wystawie z okazji jubileuszu teatru. Od pomnika Jaracza w kierunku lewej szatni majestatycznie kroczyła starsza pani, ubrana w białą, zwiewną szatę.
Inna z pracownic teatru widziała zjawę, siedzącą na pufie, przy szatni.
Pod dachem teatru mieszczą się pracownie malarskie i krawców. W malarskiej straszą tylko przygotowane do malowania korpusy, mające grać role antycznych rzeźb, a w krawieckiej są jedynie stroje na każdą okazję. W pomieszczeniach akustyka i elektryków (okienka nad balkonem dużej sceny) nie ma nic ciekawego dla człowieka nie interesującego się ustawianiem świateł i przygotowaniem efektów dźwiękowych. Za to pod samym dachem spotkamy ducha czasu. Inżynierowie projektujący przygotowali prawdziwą niespodziankę: podwieszany sufit widowni teatru! Konstrukcje umocowano do prętów przyłączonych do belek więźby dachowej.
Gmach teatru powstał w 1925 roku, chociaż władze miejskie już w 1912 roku wykupiły grunt od loży masońskiej. Obiekt podczas uroczystego otwarcia określono mianem "Treudank" nawiązującym do wdzięczności władz niemieckich za wynik plebiscytu w 1920 roku. Pierwszym spektaklem jaki zagrano w teatrze był "Faust" Goethego. To wspaniały grunt do narodzin ducha, który okazał się skryty, przewrotny, o wielu twarzach, a może maskach - jak kobieta, której zjawa ukazuje się w teatrze albo jak nieznany muzyk, który choć niewidoczny, czasem tu gra? Dobrze, że duch pozostał niezbadaną tajemnicą, jak świat teataru, w który wkraczamy jako widzowie.