Wywiad z Piotrem "Barielem" Tomczykiem (zespół Imperator)

Imperator – zapomniana legenda polskiego death metalu. Jedenastoletnia przygoda (1984-1995), cztery wydawnictwa demo, jedna płyta długogrająca i tuzin wspomnień. O zespole opowiedział pokrótce Piotr „Bariel” Tomczyk – gitarzysta, wokalista, a przede wszystkim założyciel i lider formacji.

Zespół Imperator powstał w 1984 roku i stanowił swojego rodzaju fenomen w kręgach polskiej muzyki, prawda? Czułeś, że tworzysz coś nowego? Byłeś świadomy, że być może przecierasz szlaki kolejnym generacjom? Opowiesz coś o więcej o polskiej muzycznej rzeczywistości tamtego czasu?

Minęło kilka lat od 1984, prawda? (śmieje się) Czy czułem, że tworzę coś nowego? Niełatwe pytanie. To, co jak sięgnę pamięcią, zawsze mi towarzyszyło to naturalna niechęć i brak wewnętrznego przyzwolenia na „zaczerpywanie” z dorobku innych. Klaryfikując, kiedy tworzyłem jakiś riff, składałem nowy kawałek i usłyszałem w nim cokolwiek, co mogło przypominać coś innego (dajmy na to fragment utworu innej kapeli, jakiś chociażby podobny motyw) natychmiast z tego rezygnowałem i nigdy do tego nie wracałem. Wszyscy, którzy mnie wtedy znali i nawet niekoniecznie ze mną grali, mogliby to zapewne potwierdzić. Był moment, że wyjechałem na jakiś czas (wyjazd Bariela do Wielkiej Brytanii w 1992 roku – przyp. red). Mefisto (gitara basowa- przyp. red) z Carolem (Karol Skwarczewski, perkusista w latach 1989-1993 – przyp. red) i Quackiem (gitara elektryczna w latach 1991-1993) składali jakiś nowy numer, może dwa... Kiedy po 2 miesiącach wróciłem nie było szansy, żebym nie wprowadził zmian, nie przearanżował tego tak, żeby nie było wątpliwości: to jest IMPERATOR a nie coś, co brzmi podobnie do czegoś innego. Mdliło mnie na samą myśl, że są kapelę, które w ten sposób „piszą” nowe kawałki. Gardziłem tym. Zawsze miałem szczere poczucie, że robimy coś swojego. Inną rzeczą jest fakt, że nie uda się uniknąć sytuacji, kiedy to dwie kapele równocześnie (dajmy na to w Polsce i w Stanach) stworzą jakiś motyw, który może brzmieć podobnie. Nie takie tuzy jak skromny ja się o tym przekonały. Czy przetarłem szlaki? Na pewno czuję się bardziej „leader” niż „follower”, żeby tak posłużyć się tu - par excellence - cytatem z Napalm Death. Jeśli chodzi o ówczesną muzyczną rzeczywistość to w Polsce, na początku naszej działalności nie było żadnej kapeli, która miałaby chęć i wizję grania tak jak my. Ja przynajmniej tego nie pamiętam. Ludzie nie mieli takich pomysłów. Kiedy inni słuchali TSA (z szacunkiem dla tych panów) ja słuchałem demówek Iron Angel, Sodom i Bathory. Kiedy inni odkrywali zespół Metallica (z pierwszej czy drugiej płyty), dla nas w IMPERATOR, było to już wówczas, z jak najbardziej zrozumiałych względów granie wolne i mało „brutalne”. Cenię tą kapele za ich 2 pierwsze płyty, ale wówczas ktoś, kto słuchał Metallici był softem. I tyle. My słuchaliśmy nowości z tapetradingu (pisałem już wówczas z bez mała całym światem) i to nas napędzało. Należy oczywiście wspomnieć o grupie z Olsztyna. Był Vader, będący jednak przez kilka swoich pierwszych lat baaardzo Slayerowy, i tym samym nie wzbudzający mojego wielkiego szacunku, jeśli chodzi o innowacyjność. Owszem, mieliśmy z Czarnym (ich vocalem) i Peterem dobry kontakt, grywaliśmy razem jakieś gigi, ale podążaliśmy w innych kierunkach. Bardziej podobało mi się to, co robiła Moskwa z pierwszego składu niż Vader. Pozostałe kapele? To był heavy metal. Może niekiedy szybszy thrash. Ja wiedziałem, że musi być szybciej niż na pierwszej epce SODOM i koniec. W tamtych latach w Polsce nikt nie grał „tempa”, „jedynek”, jak to w IMPERATOR nazywaliśmy (Sandoval z MORBID ANGEL twierdzi, że to on wymyślił „blasts” – może i tak, a może zbiegło się to z moją wizją muzyki w połowie lat 80-tych). Ale sprawa perkusisty i umiejętności, które umożliwiłyby mu wówczas zagranie tempa, które gra się obecnie ma się nijak do lat 80-tych. Na takim sprzęcie jaki wtedy był dostępny, bez „rowerków”, samplowanych i wyrównywanych uderzeń stóp, nie można było liczyć na cuda. My zawsze mieliśmy kłopoty z obsadzeniem tej pozycji w kapeli. Było wiele zmian. Wiele osób przesłuchiwaliśmy. Nic z tego. Później pojawił się w Polsce jeden „garowy”, który umiał grać bardzo szybko. Tak szybko jak chciałem. Ale niestety mieszkał bodajże w Lidzbarku Warmińskim i niestety dla mnie, miał bliżej do Olsztyna. Między innymi dlatego znalazł się finalnie w Vader. Chodzi mi o nieżyjącego Docenta. Intuicyjnie czuję, że gdybym miał go w składzie w latach 80-tych historia IMPERATOR potoczyłaby się inaczej. Uważam, że to na nim w zdecydowanie głównej mierze oparł się sukces olsztynian.

Kapela powstała głównie z Twojej inicjatywy. Jak doszło do narodzenia się pomysłu założenia zespołu? Domyślam się, że zainteresowanie muzyką ciągnęło się od dzieciństwa? Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś, że chciałbyś tworzyć coś własnego, chciałbyś występować na scenie? Jak wyglądały Twoje marzenia? Opowiesz o swojej przygodzie z gitarą?

Sięgając głębiej, należy cofnąć się do jakiegoś 1982 roku. To była (w ówczesnym – chyba jednak edukacyjnie zdrowszym – systemie) 8 klasa podstawówki. Było kilka osób, które słuchały na starych magnetofonach szpulowych polskiego, rodzącego się dopiero rocka, a ponadto istniejących już zachodnich kapel typu AC/DC, Led Zeppelin czy Deep Purple. Kupowało się więc (w Centralu – łódzki dom handlowy - czy gdzieś tam indziej) ORWO’skie taśmy szpulowe i targało wielokilogramowego „ipoda” do kumpli i przegrywało te rzeczy. No i oczywiście kilometrowe kolejki pod PSJ-tem (Polskie Stowarzyszenie Jazzowe) u zbiegu Piotrkowskiej i Narutowicza, gdzie można było załapać się na jakiś nowy winyl rodzącej się polskiej siły muzycznej. Wówczas, w tej mojej, wiecznie czegoś głodnej, głowie zaczął się rodzić pomysł na założenie kapeli. Kolesie z podstawówki dość szybko z pomysłu odpadli. To było Śródmieście (Gdańska przy Obrońców Stalingradu – niezły zbyt, co?) i ogólnie rzecz biorąc mało wyszukany neigborhood. Był to czas rejonizacji i nie mogło się wybierać sobie szkoły. Gdzie mieszkałeś, tam gnałeś i tyle. Tam Cię przydzielali. Żadnych rozkapryszonych fanaberii (śmieje się). Summa summarum, kumple ze szkoły bardziej zaczęli interesować się szemranym kombinowaniem „na życie” niż jakimiś tam muzykowaniem, a mój pomysł na kapelę musiał poczekać do czasu pierwszej klasy liceum, (obecnej trzeciej gimnazjum – oprócz egzaltowanej międzywojennej nazwy nie ma, według mnie, w gimnazjum zbyt wiele pozytywów i ten przejściowy czyściec edukacyjny powinien z naszych „na-siłę-dogonić-niedoganialny-świat-Zachodu” realiów zniknąć jak najszybciej) kiedy to założyłem Imperator. Zaraz po rozpoczęciu szkoły, we wrześniu, wracając do domu przez park „Śledzia” zostałem zagadnięty przez kolegę z klasy - Tomka „Adriana” Śliwińskiego, czy aby przypadkiem nie nucę sobie AC/DC. A i owszem - tak było. Okazało się, że on też lubił Australijczyków. Po krótkiej wymianie opinii i truizmów typu „Scott był lepszy od Johnsona” pomyślałem, że można klienta zgarnąć do kapeli. Ja chciałem śpiewać (może trochę nawet umiałem - w końcu w podstawówce byłem jednym z nielicznych męskich growlerów (śmieje się) w chórze) i grać na gitarze – choć na niej grać wtedy jeszcze nic a nic nie umiałem. Tomkowi, z jego dużym zresztą entuzjazmem, przypadła perkusja – choć tak naprawdę nigdy nie miał nawet własnej. I tak oto zaczęło się chodzenie po komisach (były chyba 2 w Łodzi + jeden sklep muzyczny na Piotrkowskiej) i oglądanie przez wystawy Kosmosów i czeskich Jolan. Firmy typu Gibson, czy Fender były absolutnie na rynku pierwotnym nieosiągalne. Nie wspominając już o innych markach. To trochę tak, jakbyś dzisiaj, w dobie fascynującego do granic nieprzytomności paintballa, wjechał na plac zabaw prawdziwym czołgiem i zaproponował kolegom wspólna strzelaninę. Oni z tymi swoimi giwerami za góra kilka stówek, a Ty w Leopardzie. Dziękuję. Tak się miał dostępny nam sprzęt do normalnych instrumentów. Ale nic to. Nie posiadałem alternatyw, więc robiło się swoje. Muzykę tworzy człowiek, nie sprzęt. Dostałem kiedyś (właściwie na spółkę z moim bratem) na Dzień Dziecka gitarę „klasyczną” – teraz zabroniliby czegoś takiego sprzedawać, struny ze 2 cm nad gryfem i takie tam kwiatki (śmieje się). Jeden instrument już w kapeli był (śmieje się). Później trzeba było z jednej struny przejść na granie na kilku i jakoś to się potoczyło. Najważniejsze, że mieliśmy nazwę, którą wymyśliłem na lekcji historii. Rzecz była o budowie Petersburga (tak zresztą – „Petersburg” – nazywał się kiedyś jeden z naszych pierwszych, punkowych bardziej kawałków), o Imperatorze Piotrze I Wielkim i całym tym budowlanym przedsięwzięciu. Jakoś mnie to zafascynowało i odtąd był już IMPERATOR. Żadnych (z szacunkiem do Sagi) powiązań ze Star Wars. Chociaż wydaje mi się, że jest w Polsce jakaś grupa instrumentalno-wokalna, która swoją nazwę z tego filmu zaczerpnęła (śmieje się).

Imperator przechodził liczne zmiany składu. Jak od samego początku układały się Twoje relacje z członkami zespołu? Byliście przyjaciółmi? To chyba nieuniknione, prawda? Czy z biegiem czasu coś się zmieniało? W jakiej atmosferze się rozstawaliście? W 1998 roku doszło do reaktywacji zespołu bez Ciebie w składzie. Doszło między Wami z tego powodu do jakiegoś konfliktu? W końcu to Ty byłeś liderem, Ty komponowałeś utwory i pisałeś teksty. Jak doszło do tego, że nowy skład funkcjonował bez Ciebie pod starą nazwą?

Z Tomkiem „Adrianem” (perkusista w latach 1984-1987 – przyp. red) byliśmy przez lata liceum kumplami „na zabój”. Był w IMPERATOR dość mocno zaangażowany. Ja siedziałem w kapeli „po uszy”. To był priorytet! W 1985 poznaliśmy Macieja „Mefisto” Dymitrowskiego. Właściwie to poszliśmy na spotkanie z nim, by spuścić mu lanie (śmieje się). Chodziły słuchy, że jest taki koleś na Teofilowie w naszym roczniku, który ma bas i chce na nim grać. My akurat basisty szukaliśmy. Ale dowiedzieliśmy się też, że ma w klapie kurtki wpięty symbol „V” (wtedy były różne obowiązujące literki: punkowe z grubsza „K”czy „A” no i to lekko przegięte, quasi faszyzujące „V”). Chęć pozyskania basisty spadła jakby nieco na drugi plan. Chcieliśmy naprawdę faceta ustawić ideologicznie (śmieje się). Umówiliśmy się na Placu Wolności i koleś przyjechał. Okazało się jednak, że jest całkiem ok. Poszliśmy do mnie i na radiu Amator pograliśmy chwilę. Mefisto znalazł się w IMPERATOR.
Pierwszym potężnym dla mnie ciosem był rok 1987, kiedy po nagraniu Deathlive (drugie demo zespołu, lato 1987 – przyp. red.) Tomek niespodziewanie nie przyjechał do Warszawy do naszego ówczesnego menago Marcina Wawrzyńczaka. Mieliśmy jechać stamtąd na koncert. Jeżeli dobrze pamiętam, do miasta Piły. Okazało się, że „Adrian” zrezygnował z gry w zespole. Mieliśmy wtedy naprawdę mocny rozpęd w kraju. Gazety i radio mówiły o naszych koncertach. Graliśmy coś nowego. Ludzie chcieli przeskoczyć z TSA w coś dużo mocniejszego. Wydawało się, że metalowcy (choć nie tylko) naprawdę to chwycili. Załogi z pamiętnym Gdańskiem, Szczecinem czy Otwockiem przemieszczały się po Polsce razem z nami. I tu nagle...nie mam perkusisty. Szok. Na tamten koncert jednak pojechaliśmy. Hasło IMPERATOR było mocnym magnesem. Zagraliśmy jakieś improwizację z perkusistą warszawskiej kapeli Forst, która miała grać przed nami. Było szybko i brutalnie. A pod sceną totalny mosh i slamdance. Myślę, że nikt tak wtedy w Polsce nie grał. Ludziom się podobało. Ja byłem załamany. Zespół nabiera wiatru w żagle, a z kapeli wypada mi garowy (notabene, jak sądziłem, mój dobry przyjaciel). Nagle. Bez orientu. Delikatnie mówiąc, moje stosunki z Tomkiem uległy gwałtownej zmianie. Nie chciałem go widzieć przez kilka lat. Potem to się zmieniło. Niemniej jednak, okazało się, że brak perkusisty miał być zawsze naszym głównym problemem. Doprowadziło to w sumie do dezintegracji zespołu. Moment, kiedy Carol (w roku 1998 perkusista Karol Skwarczewski zebrał nieistniejący od 1995 r. zespół bez Bariela – przyp. red) zagrał kilka koncertów pod szyldem IMPERATOR z innymi ludźmi uważam za niebyły. To było przegięcie i w terminologii psychologicznej coś na kształt „chęci kompensacji niedoborów za pomocą pławienia się w cudzej chwale”. Powinni byli wystąpić pod innym szyldem. Widuję się raz na kilka lat z Carolem. Myślę, że wyjaśniliśmy sobie tamten niefortunny incydent. Mam swoisty szacunek dla Carola, który po kolejnej dezercji (nagle przed dużym festiwalem z Pungent Stench i innymi kapelami z Zachodu) perkusisty (nota bene brata Carola – Michała „Moloha”) dużo wniósł do kapeli i był przez naszych „następnych najlepszych kilka lat” mocnym ogniwem zespołu. Chciałbym jednak jednoznacznie podkreślić: IMPERATOR był i pozostanie moim projektem. Nie mam nic więcej na ten temat do powiedzenia. Może jeszcze tylko podsumowanie. Adrian „zabił” mnie swoim odejściem z zespołu. To samo albo i mocniej poczułem kiedy nagle godzinę przed koncertem zniknął Moloh. Ogólnie rzecz biorąc, z tego co pamiętam Adrian miał motywacje miłosne, a Moloh nie do końca czuł death/black. Był zawsze bardziej harcdore/crossover. Obu pozdrawiam. Czas jest najlepszym jurorem i leczy rany...

Jak doszło do tego, że po rozwiązaniu zespołu słuch o Tobie zaginął? Zaprzestałeś komponowania, pisania tekstów? Czy też robiłeś to tylko i wyłącznie do swojej szuflady? Myślisz o tym, by wrócić na muzyczna scenę? Może w przyszłości?

To było takie powolne odchodzenie od moich pryncypiów i pomysłów na robienie muzyki. Ostatni rok czynnej gry IMPERATOR to takie kompilowanie mojej i chłopaków wizji na to, co ma grać kapela. Ja chciałem grać bardzo szybko, najszybciej. Z mnóstwem złamań rytmu, synkop etc. Myślę, że nie było siły, czy potencjału sekcji rytmicznej, żeby tak grać. Mówiłem o tym w pierwszym pytaniu. Nie podobało mi się odchodzenie od tego. W zasadzie jestem zadowolony, że nie nagraliśmynic potem. Tzn. nagraliśmy, ale nie wydaliśmy. Przyszłość? Kto wie?

A teraz nieco z innej beczki. Opowiesz coś o przedsięwzięciu związanym z musicalem "Dracula"? Występowaliście przecież na deskach teatru. Jak do tego doszło? Jakie skutki za sobą pociągnęło? Jak przebiegała praca?

Był to spektakl teatralny z naszą muzyką na żywo. „Dracula” cieszyła się niesamowitym powodzeniem. Pełen odjazd. Przed nami w Polsce chyba tylko TSA grało na żywo w spektaklu. Ale też nie w takim zakresie i nie była to taka muza. Muzykę napisałem chyba w 2 dni, chociaż mieliśmy na to, po zainkasowaniu niezłej na tamte czasy (były dotacje na kulturę!) kasy, chyba z pół roku. Przez cały sezon 1988/1989 graliśmy średnio pięć sztuk tygodniowo w teatrze. Komplet widzów. Zawsze. Dostaliśmy propozycje napisania muzyki do spektaklu od Zdzisłąwa Jaskuły, ówczesnego kierownika literackiego Teatru Studyjnego. Po pierwszym spotkaniu z reżyserem i jego entuzjazmie na moje pomysły wiedziałem, że będzie niezły dym. Materiał ten nagraliśmy później w bydgoskim radiu . Nagrania realizował Tadeusz „zegarmistrz światła” Woźniak. Miałem z nim kilka ostrzejszych wymian dotyczących mojej i jego wizji brzmieniowych. Pojechał z nami na nagranie z ramienia mecenatu sztuki i brzmienie trochę siadło niestety. Problem jest większy - nagrania te zaginęły. Szkoda.

W roku 1990 wydaniem Waszej płyty zainteresowała się wytwórnia Deathlike Silence Productions, założona przez Euronymousa ze szwedzkiego Mayhem. W jaki sposób doszło do nawiązania znajomości takiej znajomości?

W czasach tapetradingu wymieniało się kasety z różnymi ludźmi, z różnymi kapelami. Byliśmy za dość szczelną Żelazną Kurtyną. Myślę, że w połowie lat 80-tych było dosłownie kilka osób w kraju, które dostawały płyty (analogowe oczywiście) i co najważniejsze - undergroundowe dema i zine’y. Miałem to szczęście. Do tej pory przechowuję cały ten materiał. Może kiedyś warto byłoby powspominać, co pisali w swoich listach Cavalera, Azaghtoth czy Schuldiner zanim szerszy świat o nich usłyszał. W ten sam sposób wymienialiśmy się materiałami w Europie. Dostałem od Euronymousa ich Deathcrush, wysłałem nagrania IMPERATOR i tak to się zaczęło. Później doszedł kontakt z Dead’em i nasz wspólny pomysł na projekt MOON, który niestety nie doszedł do skutku. Najpierw Dead, później Euronymous. Obaj nie żyją. Nie o wszystkim trzeba mówić i pisać. Reszta niech pozostanie milczeniem...

Czy popularność zespołu miała jakiś wpływ na Ciebie? Odczuwałeś w jakiś sposób fakt, że byliście rozpoznawani w Europie? Byliście uznawani za jeden z najważniejszych zespołów blackmetalowych w Polsce. Co się z tym wiązało?

Czy ja wiem? Nie sądzę, abym jakoś szczególnie skupiał się na tym, czy ta popularność mi przeszkadza czy pomaga. Po prostu całą swoją energię kumulowałem w IMPERATOR. Reszta była drugim planem. Pewnie, że fajnie było być na festiwalach „headliner” a nie „support act”. Były gigi, po których trzeba było z godzinę podpisywać demówki, płyty czy T-Shirty. Ale, nie ukrywajmy, to było miłe. Nie miałem nic przeciwko temu, ale zawsze wkurzało mnie gwiazdorstwo innych. My wyszliśmy z tego typowego podziemia i zdarzało nam się grać na imprezach, na których koncert otwierały dla nas kapele, które kilka lat wcześniej nie zniżały się do pożyczenia przed koncertem tunera „temu łódzkiemu” IMPERATOROWI. To my, de facto, otwieraliśmy najpierw dla nich koncerty. Potem sytuacja się zmieniła. Ale to już naturalna kolej rzeczy. Myślę, że nie byłoby przesadą stwierdzenie, iż istniał moment, kiedy byliśmy najbardziej rozpoznawalną metalową kapelą z Polski na świecie. Później już niestety nie było komu grać na perkusji.

Jak wspominasz lata spędzone z zespołem? Nigdy nie kusiło Cię, po ostatecznym rozwiązaniu kapeli w 1995 roku, spróbować raz jeszcze?

Kusiło mnie. Jasne. Były takie próby. W 1998 graliśmy (ja i Mefisto) całe wakacje z Krzyśkiem z Abathor i Pawłem z Tenebris. Było kilka naprawdę mocnych numerów, których nie wahałbym się wypuścić pod szyldem IMPERATOR. Niestety nic z tego nie wyszło. W 2003, czy 2004 jeździłem z gitarą do Warszawy. Były pomysły na projekty, ale nie czułem u nikogo tego Lucasowego „disturbance of the Force”, tego jednoznacznego oddania pomysłowi. Krótko mówiąc nie znalazłem nikogo, kto miałby wystarczająco mocną charyzmę i przekonał mnie do siebie. Sam (solowo) nie chciałem odnawiać projektu. Dobrze jest, jak jest. Co dalej? Nie ma wielu spektakularnych „wielkich powrotów” i osobiście nie wierzę w nie. Po latach to inna kumulacja energii. Ja ponadto nigdy nie czułem, że muszę to zrobić (reaktywować IMPERATOR), bo sczeznę umysłowo, energetycznie czy jakkolwiek. Wręcz przeciwnie. Furtki jednak nie domykam. Życie toczy się dalej i jak to mówią bezrefleksyjni „wszystko w rękach Boga”... Ad Meiorum Cthulhi Gloriam.

**

Dociekał: Wojciech Wawrzak

**

 

**


**

Przeczytaj także:

- Łódzka scena rockowa, część 1 - Wstęp

- Łódzka scena rockowa, część 2 - Imperator

- Łódzka scena rockowa , część 3 - Hedone

- Łódzka scena rockowa, część 4 - Tenebris

-

Wywiad z zespołem Tenebris

 

MM Łódź poleca:

MM Łódź patronuje:



MMŁódź poleca:

Od redakcji: Przypominamy, że każdy z Was może zostać dziennikarzem obywatelskim serwisu MM Moje Miasto! Zachęcamy Was do zamieszczania artykułów oraz nadsyłania zdjęć z ciekawych wydarzeń i imprez. Piszcie też o tym, co Wam się podoba, a co Wam przeszkadza w naszym mieście. Spróbujcie swych sił w roli reporterów obywatelskich eMeMki! Pokażcie innym to, co dzieje się wokół Was. Pokażcie, czym żyje Miasto.


wowarz

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3