ŁKS przegrał pierwszy raz w tym sezonie I ligi. To była bardzo bolesna porażka, bo w Poznaniu łodzianie aż 1:4 ulegli Warcie. Mimo wielu zapewnień drużyna z al. Unii nie wyciągnęła żadnych wniosków z ostatniego meczu.

Tym razem było jeszcze gorzej, bo wszystkie gole niedawny kandydat do awansu stracił w drugiej połowie. To wielki blamaż drużyny, która ma ambicje powrócić do elity polskiego futbolu.

Do Poznania ełkaesiacy jechali z zamiarem zmazania nie najlepszego wrażenia, jakie zostawili po sobie w ostatnim meczu z Piastem Gliwice. Aby nikt już o tym nie mówił, potrzebowali zwycięstwa, które pozwoliłoby utrzymać się w ścisłej czołówce I ligi niezależnie od wyników najgroźniejszych rywali do awansu.

Ale to zadanie, jak w każdym pierwszoligowym pojedynku, tylko teoretycznie wydawało się łatwe. W końcu w ataku Warty, która do piątku zdobyła tylko dwa punkty, straszyli Zbigniew Zakrzewski i Piotr Reiss. Szczególnie drugi z wymienionych zawodników w przeszłości wiele razy pokonywał Bogusława Wyparłę. Musiał o tym pamiętać trener Andrzej Pyrdoł i wzmocnił defensywę ŁKS wystawiając zamiast ofensywnego Rafała Kujawy Briana Obema. Na nic to się zdało, bo obydwaj byli zawodnicy Lecha zdobyli gole.

Pierwsi w piątek bramkową sytuację stworzyli gospodarze. W 5 minucie Zakrzewski zagrał prostopadle do Tomasza Magdziarza. Kapitan Warty był szybszy od Adriana Woźniczki, ale jego uderzenie w długi róg bramki okazało się niecelne. Kilkadziesiąt sekund później bramkarza gospodarzy strzałem z dystansu próbował zaskoczyć najaktywniejszy w łódzkiej jedenastce Marcin Mięciel. Kolejną groźną akcję także stworzył były legionista. Tym razem znalazł się na lewym skrzydle, zacentrował dokładnie do Dariusza Kłusa, który jednak też nie trafił w bramkę Warty.

Po chwili o mały włos wybicie bramkarza gospodarzy nie zakończyło się dla ŁKS startą gola. Podania nie przeciął Mariusz Mowlik, na czym skorzystał Reiss. Na szczęście jego uderzenie z ostrego kąta obronił Wyparło.

Od tej pory inicjatywę przejęli łodzianie. I co najważniejsze, wkrótce przyniosło to efekty. Ale ełkaesiacy nie objęli prowadzenia po składnej akcji. Skorzystali za to z prezentu obrońcy Warty i nierównej murawy stadionu Lecha. W 21 min Łukasz Jasiński tak nieporadnie wybijał piłkę ze swojego pola karnego, że dopadł do niej Krzysztof Mączyński i z bliska pokonał Radlińskiego. Pomocnik ŁKS bardzo lubi grać przeciwko Warcie w Poznaniu. Przed niespełna rokiem też strzelił jej gola, a drużyna z al. Unii wygrała 2:1. Na razie jednak do zwycięstwa było jeszcze daleko. Choć po pierwszej połowie łodzianie powinni prowadzić znacznie wyżej. Ełkaesiacy mogli pójść za ciosem, jednak uderzenia Obema i Marcina Smolińskiego zza szesnastki zablokowali obrońcy Warty, a strzał Mięciela przewrotką z pola karnego minął poprzeczkę.

Były legionista blisko szczęścia był też w 34 min. Akcję rozpoczął Obem, ale największą robotę wykonał Smoliński, który wyłożył piłkę Mięcielowi, któremu znów niestety nie udało się pokonać Radlińskiego. Jeszcze lepszą okazję doświadczony napastnik ŁKS miał pięć minut przed przerwą. Po podaniu Smolińskiego nad obrońcami Mięciel znalazł się sam na sam z bramkarzem gospodarzy i wydawało się, że tym razem musi go już pokonać. Niby wszystko zrobił dobrze, wyczekując Radlińskiego, ale jego uderzenie lobem okazało na tyle lekkie, że sprzed bramki zdołał wybić piłkę Jasiński.

Mimo to na przerwę łodzianie schodzili w dobrych nastrojach, choć można było mieć pretensje do Mięciela za seryjnie marnowane wyśmienite okazje bramkowe.

Niewykorzystanych sytuacji przed przerwą ełkaesiacy żałowali już chwilę po wznowieniu gry. Do tego okazało się, że mimo wielu zapewnień podopieczni Pyrdoła nie wyciągnęli żadnych wniosków z ostatniego meczu, kiedy w drugiej połowie stracili dwa gole. Wyrównująca bramka była kopią gola Bartosza Iwana sprzed tygodnia. W niegroźnej sytuacji Adrian Woźniczka z lewej strony pola pozwolił dośrodkować Pawłowi Iwanickiemu, a stojący na środku obrony Marcin Adamski i Mariusz Mowlik przyglądali się, jak Maciej Wichtowski głową kieruje piłkę do bramki. Jak się okazało, to nie był jeszcze koniec dramatu łodzian, choć w 53 min znów Mięciel nie wykorzystał dobrego podania Smolińskiego i kolejny raz przegrał z Radlińskim.

Trzy minuty później ŁKS przegrywał. Nikt nie zatrzymał na lewym skrzydle Iwanickiego, a kiedy znalazł się w polu karnym, z łatwością ograł Mowlika i z 10 metrów pokonał Wyparłę. To rozbiło gości i teraz to Warta stwarzała groźniejsze okazje. W 66 min gospodarze mogli zdobyć nawet trzeciego gola, ale na szczęście przed dobitką stojącego na spalonym Zakrzewskiego piłka odbiła się od słupka. Jakby tego było mało, ełkaesiakom znów wyraźnie brakowało sił, a rozgrzany Radliński interweniował bardzo pewnie. W 71 min obronił uderzenie z pola karnego Mączyńskiego.

Tak naprawdę dużo bliżej zdobycia gola byli gracze Warty. W 78 min z linii bramkowej po uderzeniu Zakrzewskiego wybił Piotr Klepczarek, ale sześć minut później napastnik Warty w polu karnym ograł byłego obrońcę Znicza i Bodzio W. po raz trzeci musiał wyciągać piłkę z siatki. Niestety, nie ostatni, bo w 87 min fatalnie grających łodzian trafieniem z rzutu wolnego upokorzył Piotr Reiss.

Warta Poznań - ŁKS 4:1

Gole: 0:1 - Mączyński (21), 1:1 - Wichtowski (47), 2:1 - Iwanicki (56), 3:1 - Zakrzewski (85), 4:1 - Reiss (87).

Żółte kartki: Woźniczka, Mączyński, Kosecki (ŁKS).

Sędziował Mariusz Trofimiec (Kielce)

Widzów: 1500

Noty ŁKS w rankingu "Srebrne buty": Wyparło 3 - Klepczarek 2, Mowlik 2 (77, Kujawa), Adamski 2, Woźniczka 2 - Smoliński 4, Kłus 3, Mączyński 4, Obem 2 (59, Romańczuk), Kosecki 2 - Mięciel 2

Warta Poznań: Radliński - Zawadzki (46, Ngamayama), Wichtowski, Jasiński, Kosznik - Magdziarz, Szałas (74, Miklosik), Wojciechowski (65, Laskowski), Iwanicki - Zakrzewski, Reiss.

Czytaj także

    Komentarze (29)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    dojrzały (gość)

    Widzewskie Rokicie napisał:

    Klub którego założycielami było 4 żydów Heiman Hirszberg Wasserzug Traubwurzel i prezesem po wojnie był Kazimierz Mijal ulubieniec Moskwy (SBek i sekretarz KC) który załatwił mistrzosstwo w 58 roku nie moze mieć kibiców w Łodzi stąd pewnie taka średnia frekwencja 3 tyś

    A czyż w latach sześćdziesiątych, czy siedemdziesiątych ŁKS nie był oczkiem w głowie Komitetu Łódzkiego PZPR???

    http://www.sport.pl/sport/1,65025,2994598.html
    http://www.tvn24.pl/0,1641375,0,1,pogrzeb-najtwardszego-betonu,wiadomosc.html

    krzych (gość)

    Od miesiąca powtarzam: w ŁKS potrzebni są ( jak tlen ) dwaj zawodnicy do pierwszej 11. - prawy obrońca ( Klepczarek dobrze wypada tylko w środku obrony ) i w miarę doświadczony napastnik ( Mięciel musi czuć konkurencję ), a i trener bardziej energiczny by się przydał ( chociaż A. Pyrdoł rzucając ze wściekłości po meczu kamieniem ponoć zbił szybę w loży VIP-ów .......) ........Czesio Michniewicz? Szepczą, że co nie co na sumieniu ............

    B. (gość)

    bolo napisał:

    dzisiaj po Wiśle będziesz się lepiej śmiał. W myśl przysłowia "nie ciesz się dziadku z czyjegoś wypadku"




    oj będę się śmiał będę :) nie dość że dostaliście wpi.e.rdol 4:1 to jeszcze smródka z krakowa dostanie srogie lanie :)

    coś czuje że ten weekend będzie piękny :)

    W Łodzi bez zmiany PSS zawsze je.b.any !!!!

    bolo (gość)

    dzisiaj po Wiśle będziesz się lepiej śmiał. W myśl przysłowia "nie ciesz się dziadku z czyjegoś wypadku"

    B. (gość)

    hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaaahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahhahahahahahahahahahahahahahahahaha...

    buhahahahahahahahahahahahahahhahahahahahahahahhahahahahahahahahha...

    skonam ze smiechu ...

    łodziak (gość)

    Chłopcy zatęsknili do wyniku 1:4. Do dziś z nostalgią wspominają wiosenny przyjazd zespołu "W" i stąd taki sam rezultat.