RSS   |   
Zarejestruj się   |    Zaloguj się   |    Zaloguj przez facebook
Łódź » Żałoba w Zadzimiu po tym, jak podczas zawodów szkolnych nagle zmarł 12-letni uczeń

Żałoba w Zadzimiu po tym, jak podczas zawodów szkolnych nagle zmarł 12-letni uczeń

2010-03-17, Aktualizacja: 2010-03-17 04:10

Polska Dziennik Łódzki Krzysztof Kaniecki

Jaś, uczeń V klasy Szkoły Podstawowej w Zygrach w powiecie poddębickim, był zapalonym sportowcem. Nie mógł się doczekać poniedziałkowego turnieju piłki halowej w Zadzimiu.
 
Janek uwielbiał sport
- Niecierpliwił się, kiedy w końcu podpiszę zgodę na udział w zawodach. Nie mógł się doczekać, kiedy pojedzie grać do Zadzimia - Bogdana Napieralska, mama Jasia, z trudem ociera łzy. Nadal nie może uwierzyć w to, że jej syn nagle zasłabł podczas turnieju i zmarł.

Dziadek chłopca, Tadeusz Napieralski, przypomina sobie, jak wnuk wrócił ze szkoły z papierkiem, pod którym mama miała się podpisać: - Wyrwało mi się wtedy: "Choroba, jeszcze ci piłka potrzebna. Lepiej byś się wziął za naukę, bo ci dobrze idzie". On mi na to odparł: "Dziadziuś, ja muszę jechać na ten turniej, bo będę miał dodatkowe punkty".

W szkole Jasia wszyscy są w szoku. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do tragedii. 12-letni zawodnik podczas turnieju biegał za piłką i nic nie wskazywało na to, że o godzinie 16.20 dojdzie do tragedii. Nagle chłopiec upadł na boisko, nikt go nie popchnął, z nikim się nie zderzył. Do leżącego chłopca natychmiast podbiegli obecni podczas zawodów wuefiści. Radosław Rękawiecki i Sławomir Kobielski widząc, że z chłopcem jest źle, podjęli próbę sztucznego oddychania połączoną z masażem serca.
∨ Czytaj dalej
Jeden z nich krzyknął, by ktoś wezwał pogotowie.

- W tej samej chwili zadzwoniłam po lekarza z ośrodka zdrowia - opowiada Małgorzata Kuna, dyrektor Zespołu Szkół w Zadzimiu. - Widziałam, że chłopak nam odchodzi, więc chciałam, by pomoc lekarska dotarła jak najszybciej.

Doktor Andrzej Salamon na boisku pojawił się po niespełna kwadransie. Pięć minut później pojawili się ratownicy z pogotowia. Chwilę potem przyleciał śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Łodzi.

- Lekarzy było niczym mrówek przy dziecku - nie może powstrzymać emocji dyrektor Kuna. - Widziałam, że użyli kroplówek oraz elektrowstrząsów. Widząc tylu lekarzy z profesjonalnym sprzętem, ani przez chwilę nie pomyślałam, że Jasiek może nie zostać zabrany do szpitala i uratowany. Nie sądziłam, że śmierć może przyjść tak nagle. Zresztą nigdy nie spotkałam się ze śmiercią dziecka. Po około 40 minutach lekarze stwierdzili jednak, że akcja serca nie powraca. Wyglądało to tak, jakby serce przestało pracować.

Teresa Jaworska, pełniąca obowiązki dyrektora podstawówki w Zygrach, szkoły do której uczęszczał 12-letni chłopiec, w poniedziałkowy wieczór widziała powietrzną karetkę lecącą w stronę Zadzimia. Nie pomyślała jednak, że leci, by ratować jej ucznia, który występował w szkolnych rozgrywkach gminnej ligi. Zawodach, których niezwykle lubiany przez kolegów Jaś nie mógł się doczekać.

Jaś był okazem zdrowia. Dyrektor Jaworska nigdy nie zauważyła w szkole niczego niepokojącego w zachowaniu ucznia.

- Nie chorował i na nic się nie użalał - potwierdza mama Jaśka. - Nawet zwykłej grypy nie miał. Zimą miał może tylko przez dwa, trzy dni katar.

Jadąc na turniej przeszedł rutynowe badania lekarskie. Rodzice wyrazili zgodę, a organizatorzy zawodów dopełnili wszelkich formalności.

- Niektórzy zarzucają nam, że nie było na miejscu lekarza - mówi Małgorzata Kuna. - Podczas zajęć pozalekcyjnych, podobnie jak i wychowania fizycznego, nie ma obowiązku zapewnienia stałej opieki lekarskiej. Zresztą była to już siódma edycja turnieju. Staraliśmy się, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. My tą ligą byliśmy już trochę zmęczeni, ale młodzież nie chciała słyszeć, że moglibyśmy z niej zrezygnować. Dla nich była to świetna zabawa. Na koniec każdy uczestnik miał otrzymać złoty medal.

- Po tej tragedii nie będzie uroczystego zakończenia. Utniemy wszystko jak w niedokończonym kadrze - mówi dyrektor Kuna.

We wtorek uczniowie szkół uczestniczących w zawodach zostali objęci opieką psychologów. Są w szoku, ale chcą mówić o Jaśku, bo był bardzo dobrym i uczynnym kolegą. Wspominają, że wszędzie go było pełno, w szkole i kościele, bo był także ministrantem. W szkole został przewodniczącym ośmioosobowej V klasy. Sam, z własnej inicjatywy zainicjował zajęcia, na których miał pomagać w nauce mniej zdolnym uczniom.

Jeden z kolegów Jasia: - Bóg musiał mieć cel, by go zabrać. A może nasz pan dyrektor, który zmarł w wakacje, potrzebował kogoś do swojej drużyny? W końcu pan Marek też był zapalonym sportowcem.

Przeczytałeś?

Oceń ten artykuł
+

Ocen pozytywnych

Ocen negatywnych

0 0
-

Komentarze (1)

Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zadzimiok (gość) 2010-03-17 06:33

dać takie zdjęcie do artykułu może tylko człowiek pozbawiony uczuć! Wstyd żerować na ludzkim nieszczęściu !

0 / 0 odpowiedz

Ogłoszenia nieruchomości

Ogłoszenia motoryzacyjne

Ogłoszenia pracodawców