Guliani i Thatcher to celebryci światowej polityki. Choć on nie rządzi już Nowym Jorkiem a ona - od dawna - Zjednoczonym Królestwem, w cieple ich nazwisk wciąż można się ogrzać. Związany z łódzką uczelnią wybitny kryminolog, prof. Brunon Hołyst, promotor kandydatury Gulianiego, mówi wprost: "dzięki magii jego nazwiska świat usłyszy o uniwersytecie w Łodzi".
Guliani i Thatcher - czyżby konserwatywny klucz w doborze kandydatów? Profesorowie mówią, że to przypadkowa zbieżność. Ale nie da się ukryć, że te dwa nazwiska wiele łączy- nie tylko konserwatyzm, ale też silna osobowość, twarda ręka, ostre działanie. Margareth Thatcher uzdrowiła brytyjską gospodarkę, ale zyskała przydomek "Żelaznej Damy". Bo jej reformy bolały, przyniosły likwidację nierentownych fabryk i chwilowe bezrobocie. Guliani w osiem lat zmniejszył przestępczość w Nowym Jorku o 50 procent.
Ale policja w jego czasach działała naprawdę ostro, a on sam nie jest postacią kryształową...
Historia Gulianiego, potomka włoskich imigrantów, nadaje się na kanwę dobrego filmu. Zwłaszcza, jeśli szerzej spojrzeć na dzieje jego familii. Burmistrz mówił w wielu wywiadach, że szacunek do prawa wpoił mu ojciec- Harold. Guliani nigdy nie chwalił się jednak, czym naprawdę trudnił się senior. A ojciec nie był prokuratorem, adwokatem, policjantem czy wybitym społecznikiem. W społecznej hierarchii lokował się raczej poza nawiasem, po ciemnej stronie. Mroczną przeszłość pokazał kilka lat temu reporter Wayne Barret w książce "Niedopowiedziana historia Rudy'ego Gulianiego". Ujawnił on, że Harald Guliani rozpoczął karierę "zawodową" w 1934 roku od... napadu z bronią na dostawcę mleka. Odsiedział za to rok i cztery miesiące. Więzienie nie nawróciło go na dobrą drogę. Jak pisze Barrett, w 1948 roku (a więc cztery lata po tym, jak na świat przyszedł jego syn) Harold zaczął pracować dla swojego szwagra, prowadzącego w tym czasie nielegalne zakłady bukmacherskie. Od tego czasu przemierzał ulice Nowego Jorku z kijem baseballowym w dłoni. Opornym łamał nogi. Jego drogi splotły się też z interesami rodziny Lucchese, jednego z mafijnych klanów rządzących Nowym Jorkiem.
Harald Guliani umarł na początku lat osiemdziesiątych. Jego syn zaczynał właśnie karierę w administracji Ronalda Reagana- a dokładnie w ministerstwie sprawiedliwości. Niedługo potem trafił do prokuratury w Nowym Jorku, gdzie skutecznie prowadził sprawy, między innymi przeciw rodzinie Lucchese. Szybko zyskał sławę wykraczającą poza granice Nowego Jorku.
Po raz pierwszy myśl o polityce zakiełkowała w głowie Rudolpha Gulianiego pod koniec lat osiemdziesiątych. W 1989 roku przegrał nieznacznie wybory na burmistrza Nowego Jorku, jednak już cztery lata później osiągnął swój cel. Kupił nowojorczyków zapowiedzią programu "Zero tolerancji".
- Nowy Jork słynął wtedy z przestępczości. Turystów ostrzegano, by po zmroku nie wchodzili do pewnych dzielnic - mówi prof. Zbigniew Rau, prawnik z Uniwersytetu Łódzkiego. - Nowojorscy kabareciarze w skeczach uczyli, jak poruszać się po mieście metrem, żeby nie dostać w głowę, albo żeby nie otwierać mapy w miejscach publicznych. Dla nowojorczyków te żarty były czytelne, to była ich codzienność. I wtedy pojawił się Guliani. Był prokuratorem z dużymi sukcesami. Mógł pójść zarabiać duże pieniądze do dobrej firmy prawniczej, jednak zamiast tego wybrał karierę polityczną. Miał misję i odniósł spektakularny sukces - mówi prof. Rau, przekonując, że casus Gulianiego jest fascynujący. Człowiek, który rozpoczynał karierę w aparacie ścigania, zyskał taką popularność i poparcie. Było to możliwe, gdyż Guliani stał się katalizatorem, który mógł przekuć w konkretne działania frustracje, irytację, lęk setek tysięcy mieszkańców Nowego Jorku.
- Byłem w Stanach na stypendium w 1998 roku - wspomina Krzysztof Kwiatkowski, minister sprawiedliwości. - Miałem okazję obserwować pracę nowojorskiej policji w tym czasie. Zaszły w niej ogromne zmiany. Miasto drastycznie zwiększyło nakłady na policję. Wprowadzono centrum szybkiego reagowania. Nowy Jork został podzielony na sektory objęte monitoringiem. Po zaobserwowaniu czegoś niepokojącego, centrum natychmiast wysyłało policjantów na miejsce. Guliani zarządził, że każde najdrobniejsze wykroczenie musi się spotkać z natychmiastową reakcją. Mandat czekał za zaśmiecanie ulicy. Mógł go dostać właściciel brudnej posesji. Policja walczyła z drobną chuliganerią i graficiarzami. Nie wiem, czy później nie pojawiły się takie głosy, natomiast w czasie mojej wizyty na pewno nikt nie mówił o nadużywaniu przez policję prawa czy używaniu przemocy. Wtedy Guliani cieszył się dużym poparciem nowojorczyków. Było widać efekty jego pracy. Oglądałem statystki. W niektórych kategoriach przestępczość spadła o prawie 100 procent - dodaje Kwiatkowski.