REPORTAŻ: AFRYKA - MAROKO - GÓRY ATLASU WYSOKIEGO

- To ma być dla was przygoda - powiedział o wędrówce przez marokańskie góry Atlasu Wysokiego nasz przewodnik i opiekun Bolek Kozłowicz z Agencji Wyprawowej "Pamir".

Masz zdjęcie do tego tematu? Wyślij
- To ma być dla was przygoda - powiedział o wędrówce przez marokańskie góry Atlasu Wysokiego nasz przewodnik i opiekun Bolek Kozłowicz z Agencji Wyprawowej "Pamir". Szybko ta przygoda sponiewierała mnie, ale słowo daję, naprawdę warto było znosić trudy biwaków w niedostępnych górskich miejscach, pić wodę ze strumieni i rzeczek razem z owcami, baranami, mułami, przez wiele dni z rzędu udawać, że się człowiek myje, ledwo zanurzając zęby i koniuszki palców w lodowatej wodzie, wymiotować na każdej wyżej położonej przełęczy, czy drapać przez pół nocy pogryzione przez pchły potwornie zmęczone ciało.

- To tylko człowiek jest tak durny, że jak już musi płacić za zorganizowanie urlopu, to zamiast wykupić plażę lub basen, nad którym leżałby plackiem, jadł, pił i pławił się w luksusie wszelkim, zapłaci za to, że się straszliwie umęczy ponad swoje siły - tak można by sparafrazować sens opinii wypowiadanej przez moją znajomą, którą wygłasza ona zawsze w sytuacjach, kiedy sama podobne rzeczy robi.
∨ Czytaj dalej

A to już dobry znak, że nie jestem sama w takim myśleniu.

Co ja robię tu...?
Czterech moich towarzyszy wyprawy - sami mężczyźni - poznaję dopiero na lotnisku w Warszawie przed odlotem do Casablanki via Paryż: Bolesław, Krzysztof, Janusz i Jerzy stali się na dwa tygodnie moimi najlepszymi przyjaciółmi na dobre i na złe. Okazało się szybko, że wszyscy oni bez wyjątku zdobywali już szczyty o wiele wyższe niż Dżabal Toubkal - 4167 m n.p.m., który był naszym celem w Afryce. "Zdobycie tej góry, to będzie dla nich jedynie trening, więc co ja robię tu?" - myślałam przerażona, gdy opowiadali swoje przygody w pociągu wiozącym nas z Casablanki do Marakeszu.
Bolo pozwala nam w Marakeszu jeść do syta (wszak jutro jazda w góry i w menu będzie wyłącznie jedzenie w proszku plus coca-cola i snickersy sprzedawane na przełęczach przez miejscowych Berberów) prawie przez całą noc na słynnym placu Dżemaa El Fna wciągającym jak narkotyk, który czyni cię bezwolnym uczestnikiem tego, co się wokół dzieje. Bajarze, bębniarze, zaklinacze węży, sprzedawcy wody, której nikt nie kupuje (bo nie jest przegotowana), sprzedawcy daktyli i fig, gotowanych ślimaków i wszelkiego innego dobra - to tylko część niezwykle barwnego spektaklu odbywającego się w rażącym świetle żarówek i przy rytmicznym dudnieniu bębnów.
Wszystko to dzieje się po zachodzie słońca, bo trafiamy akurat na ramadan i wyznawcy Allaha dopiero wtedy mogą zjeść jakiś posiłek.

Na drugi dzień jedziemy już do Imlil, gdzie zaczyna się nasza przygoda z Atlasem Wysokim, czyli jak mówi legenda - Górami Gór. Arabski kierowca przewiózł nas tak po górskich drogach tak, że chwilami przysięgałam sobie, że już nigdy nie wsiądę do samochodu. Wszystko to rekompensowały coraz piękniejsze widoki.
Nie mieszkaliśmy w luksusowych hotelach dla cudzoziemców, lecz wśród rdzennej ludności - Berberów. Jedliśmy i piliśmy to co oni, mieszkaliśmy w namiotach, które rozbijaliśmy wśród skał, z dala od ludzi lub w skromnych salonach pod dachem gościnnych gospodarzy.

Padnij, powstań, idź
I wreszcie góry. Komórki przestały działać, jesteśmy więc tylko my i to nasze wyzwanie.
Pierwszy nocleg na wysokości 2400 m n.p.m. - to prawie jak na naszych Rysach. Noc była strasznie zimna, gęsta mgła powodowała, że nawet do namiotów szliśmy po omacku. - Na pewno tu zamarzniemy i tak się skończy nasza afrykańsko-górska przygoda - prorokowałam ze strachu, dziwiąc się spokojowi moich towarzyszy. Na szczęście mgła w końcu opadła i odsłoniła gwiaździste niebo. Mogliśmy spokojnie iść spać - jutro znowu będzie Afryka, czyli żar z nieba i wspinaczka na 3500 m. To ma być mój pierwszy rekord wysokości podczas tej wyprawy.
Kilka godzin wspinania się ciągle stromo pod górę, po osuwającym się spod nóg piasku z coraz cięższym plecakiem na plechach wykończyłoby każdego. Do tego dochodzi lekko już rozrzedzone powietrze. Najpierw robię sto kroków i zatrzymuję się na trzydzieści głębokich oddechów. Im wyżej, to te proporcje zaczynają się zmieniać - 50 kroków i 40 oddechów, by dojść do 10 kroków i 100 oddechów! A na dodatek na przełęczy, która tego dnia była naszym celem, w "nagrodę" czekają mnie kłopoty z aklimatyzacją: koszmarny ból głowy i wymioty. Te objawy będą mi towarzyszyły jeszcze kilka dni, za każdym razem powyżej 3000 m. Tak było codziennie, bo aby się wreszcie zaaklimatyzować, wchodziliśmy wysoko, by potem zejść nisko na nocleg.

Rekordowo na szczyt
Doszliśmy dzięki temu do takiej wprawy, że najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego Dżabal Toublak zdobyliśmy w rekordowym czasie 2,5 godziny, choć przewidziano na to 3-3,5 godziny.
Całą drogę jest bardzo stromo i wciąż pod górę, więc tylko patrzę pod nogi i ciężko dyszę - nie wiem czy to z emocji czy z braku tlenu. Nie ma co patrzeć w górę, bo Toubkal jest tak schowany, że zobaczymy go dopiero sto metrów przed szczytem.
Kiedy wdrapujemy się w końcu na szczyt, mamy w nagrodę piękną widoczność (przy zejściu już padał śnieg). Tu dopiero widać wysokość i potęgę gór. Część z nich jest groźna skalista, a inne wyglądają jakby były usypane z wypalonego słońcem piasku - wszystkie są jednakowo cudne, głównie dlatego, że są niższe od tej, na której stoję!
Przez tych kilka dni te góry często sprowadzały mnie "do parteru", o którym raczej publicznie mówić nie będę, doprowadzając z niemocy niemal do łez rozpaczy, ale właśnie dlatego dawały też siłę, by po kolejnym kryzysie znowu założyć plecak i iść dalej. Bo dalej oznaczało wejście wyżej, aż na szczyt. A ta satysfakcja jest tak wielka, że - niestety - nie umiem jej opisać, bo trzeba tego samemu spróbować.

Podziękowanie
Najserdeczniej dziękuję za wsparcie wszystkim tym, o których wiem, że mimo wszystko, na pewno przeżywali tę moją wyprawę, wspierając mnie dobrą myślą i trzymając kciuki, czyli rodzinie i przyjaciołom.
Szczególnie dziękuję dobrej koleżance, o której chłopcy zaczęli podczas wyprawy mówić "do rany przyłóż", która rozumie co to przygoda - doktor Katarzynie Kłak. To dzięki niej ja i moi koledzy czasami dosłownie przetrwaliśmy. Kasia wymyśliła bowiem moją apteczkę. Najpierw kręciłam nosem, że tego tak wiele, ale potem wszyscy zgodnie dziękowaliśmy niebiosom za jej przewidywanie sytuacji, dzięki czemu mogliśmy szybko i skutecznie poradzić sobie z ostrymi biegunkami, zapaleniami pęcherza, wymiotami, wyczerpaniem, różnymi bólami, przeziębieniami, oparzeniami, dolegliwościami żołądkowymi, pchłami, czy innymi świnstawi.

Kondycja rzecz święta
Wszystko musi być jasne. Jeśli chcesz wyjechać na taką wyprawę, to musisz kilka miesięcy przed wyjazdem ruszyć wreszcie tyłek zza biurka i "trochę" pobiegać. Najlepiej biegać regularnie trzy razy w tygodniu - obojętnie: pada deszcz, praży słońce, jest noc lub świt - w zależności, kiedy masz czas. "Trochę" trzeba też pojeździć rowerem (najlepiej jak dojdziesz do takiej wprawy, że 100 km w kilka godzin będzie czymś normalnym lub gdy w Jakuszycach na trasach przeznaczonych do narciarstwa biegowego nie "spuchniesz"). Należy także "trochę" pobiegać po górach (najlepiej z co najmniej piętnastokilogramowym plecakiem). W ogóle nie przejmuj się, gdy ludzie będą patrzeć na Ciebie, jak na wariata, gdy paradujesz w obcisłych rowerowych czy biegowych ubrankach. Zapewniam, że po kilku tygodniach wielu z nich zacznie Cię dopingować. Tu należą się ode mnie podziękowania wielu moim sąsiadom nie tylko z ulic Bukowskiej, Zbąszyńskiej i Drzymały oraz os. Wojska Polskiego w Grodzisku, którzy z czasem przestali się dziwić temu co wyczyniam, a zaczęli trzymać kciuki za powodzenie moich treningów i wyprawowych planów. - Kochani, trzymajcie je nadal, bo obiecuję, że za rok będziemy się wspinać jeszcze wyżej... Co oznacza, że znowu będziemy regularnie biegać, jeździć rowerem itp...

Komentarze (0)

avatar

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Wybierz kategorię