W poniedziałek do naszej redakcji zadzwoniła jedna z pracownic szpitala z kontrowersyjną informacją.
- Zginęło szesnaście ampułek narkotyku o nazwie Dolcontral. Jest to lek silnie odurzający i uzależniający - mówiła ściszonym głosem, sprawiając wrażenie, jakby bała się, że ktoś ją podsłucha. - Wiemy, kto wziął ten narkotyk, nie mogę podać nazwiska, bo mogę mieć kłopoty. Chodzi o oddział położniczy - kontynuowała pracownica szpitala.
Twierdziła też, że na oddziale wybuchła afera, jej zdaniem sprawie próbowano ukręcić łeb, ale część lekarzy zaczęło interweniować.
- Wiemy, że lekarz, który wziął narkotyki, sam je też zażywa. Wiemy to od bardzo dawna. Zazwyczaj znikały po jednej, dwie ampułki. Nigdy jednak nie zdarzyła się taka sytuacja, że zginęło ich aż szesnaście - twierdzi kobieta.
Według naszego informatora ubytek wykazał raport lekarski po jednym z dyżurów, w którym wpisano stan 32 ampułek, a faktycznie miało być ich 16. Z informacją o rzekomym zniknięciu leków z położnictwa zadzwoniono też do Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, zgłoszenie odebrał oficer dyżurny.
- Dalsza współpraca z lekarzem po spożyciu narkotyków nie jest ciekawa - kobieta tłumaczy powody, dla których zdecydowała się powiadomić policję. - Czy widziałam lekarza po zażyciu narkotyków? Oczywiście - opowiada pracownica szpitala. - Nie zawsze lekarz prawidłowo oceniał stan pacjentek. Dochodziły do tego dziwne zachowania. Dłużej nie można było już o tej sprawie milczeć - mówi zdenerwowana kobieta.
Sprawę domniemanego zniknięcia leków bardzo poważnie potraktowała bełchatowska policja, choć jak zaznacza Krzysztof Michalski, komendant powiatowy policji w Bełchatowie, trzeba mieć na uwadze, że zgłoszenie to tylko anonim, a dotąd sensacyjne doniesienia się nie potwierdziły. Sam komendant jednak sprawuje szczególny nadzór nad sprawą, bezpośrednio nadzoruje ją pierwszy zastępca komendanta, któremu podlegają sprawy kryminalne.
- Faktycznie jestem żywotnie zainteresowany tą sprawą, znam ją od podszewki - przyznaje komendant Michalski. - Skoro mają w sposób cykliczny ginąć narkotyki z oddziału, to sprawa jest dużej wagi.
Jak mówi komendant, prawdopodobnie 3 września do Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi zadzwoniła anonimowa kobieta, powiedziała, że wywodzi się ze środowiska szpitala i przekazuje informację o zniknięciu leków z oddziału położniczego szpitala w Bełchatowie.
- Do mnie informacja trafiła dopiero w poniedziałek, koło południa - mówi Michalski. - Sprawa nie zatrzymała się jednak w Bełchatowie - zaznacza komendant.
Do szpitala natychmiast wysłano policję, która wykonała wizję lokalną, przeszukała szafki z lekami, sprawdziła rejestry leku, o którym mówiła informatorka. Stan na poniedziałek, jak mówi Michalski był taki, jaki powinien być.
- Nie było więc żadnego podejrzenia, że coś zginęło - dodaje komendant.
Na tym jednak sprawy nie koniec. Dyrekcję szpitala, która o sprawie dowiedziała się od funkcjonariuszy, poproszono o sprawdzenie, czy coś z placówki nie zginęło. Zarządzono inwentaryzację leków narkotycznych na tym oddziale z ostatnich kilku lat, czas na wykonanie tego zadania to tylko kilka dni. Sprawę nadzoruje prokuratura w Piotrkowie, bełchatowską z niej wyłączono.
Ustalenia prowadzone są dwutorowo, z jednej strony policja próbuje sprawdzić, czy doniesienie jest prawdziwe, z drugiej skontaktować się z anonimową informatorką. Na numerze telefonu komórkowego, z którego wykonano połączenie, włącza się poczta głosowa.
- Zlecono czynności w kierunku ustalenia właściciela tego numeru telefonu - mówi Krzysztof Michalski. - Chciałbym spotkać się z tą osobą i spróbować ustalić mechanizm tej ewentualnej kradzieży. Jak on się odbywał, czy wpisywano fikcyjne nazwiska pacjentów, czy zaniżano dawki, a część zabierano? Na razie mamy tylko zdawkowe informacje - dodaje komendant.
Jak przypuszcza, dane dzwoniącej osoby służby operacyjne policji powinny ustalić w ciągu kilku dni, jeśli oczywiście ten telefon jest zarejestrowany.
W bełchatowskim szpitalu policja bywała więc w ostatnich dniach częściej niż zwykle. Na razie tylko rozpytywała wśród personelu w tej sprawie, nie były to przesłuchania. Nie zabezpieczono też żadnej dokumentacji, bo jak mówi Michalski, na tę chwilę nie było ku temu przesłanek.
Oszczędna w komentarzach odnośnie całej sprawy jest dyrekcja szpitala.
- W tej chwili przeprowadzona jest kontrola stanu leków po piśmie otrzymanym od prokuratury. Obejmuje ona okres czterech lat wstecz - wyjaśnia Jerzy Ogłuszka, dyrektor ds. medycznych w Szpitalu Wojewódzkim w Bełchatowie. - Powołany zostanie specjalny zespół, który zajmie się kontrolą. Obejmie ona leki o właściwościach narkotyków. Na pewno szybko się nie zakończy - dodaje.
Dopóki doniesienia się nie potwierdzą, dyrekcja chce zachować spokój. - Na pewno takimi informacjami jesteśmy zaskoczeni, ale na razie te rewelacje się nie potwierdziły - uspokaja Jerzy Ogłuszka.
Dodaje też, że dotąd nie było potrzeby organizowania specjalnego spotkania z lekarzami mającymi dostęp do leków narkotycznych. - Obowiązują nas określone procedury i należy się ich trzymać - mówi. - Czekamy na wyniki kontroli.
Jednak w szpitalu o sprawie jest coraz głośniej.
- Słyszałem, słyszałem - mówi jeden z lekarzy. - Tylko, że nie wiem, ile jest w tym prawdy. Przecież to wszystko chyba dość łatwo wykryć.
Leki narkotyczne w szpitalu są zamknięte w specjalnie wydzielonej kasetce. Dostęp ma do nich lekarz dyżurny, a do południa także inni lekarze z oddziału. Nie mają go pielęgniarki, to lekarz zanosi im lek, który trzeba zaaplikować pacjentowi, a następnie wpisuje informację o jego podaniu.
Jak twierdzi inny z lekarzy, nie jest to jakaś wielka afera, którą żyje szpital.
- Nawet nic o sprawie nie wiedziałam, dowiedziałem się, gdy ktoś mnie o to zapytał - mówi lekarz. - Trzeba znaleźć sprawcę i koniec - uważa. - Jeśli oczywiście to prawda.
Tajemnicza historia już rozniosła się wśród pacjentów.
- Powiem szczerze, że jestem w szoku. Bełchatowski szpital uchodzi za jeden z najlepszych w kraju, a tutaj takie wieści. To mi się w głowie nie mieści - mówi pan Zdzisław, mieszkaniec Piotrkowa Trybunalskiego. - Ale te informacje się jeszcze nie potwierdziły, to może ktoś złośliwie, z zemsty doniósł na któregoś z lekarzy - zastanawia się pacjent.
Te dla niektórych to zupełnie niewiarygodne przypuszczenia, ale nie wszystkich dziwią.
- Współpracowałam w przeszłości z jednym lekarzem, dzieląc z nim gabinet w przychodni. Znajdowałam w gabinecie zużyte strzykawki. Dziwiłam się, dlaczego to on daje pacjentom zastrzyki, a nie pielęgniarka. Okazało się, że zastrzyki to on sam sobie robił wstrzykując różnorakie specjały - opowiada lekarka.
Bełchatowska sprawa nie jest na razie w zainteresowaniu Izby Lekarskiej w Piotrkowie, ani Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej w Łodzi.
- Skoro jest to jakaś sprawa w fazie postępowania przygotowawczego policji i prokuratury, to absolutnie do czasu rozstrzygnięć nie można się w niej wypowiadać - mówi Grzegorz Mazur, wiceprzewodniczący Okręgowej Rad Lekarskiej Łodzi, szef Delegatury w Piotrkowie Tryb.
Rzecznik odpowiedzialności zawodowej w Łodzi tłumaczy, że sprawą może się zająć dopiero gdy dotyczyć ona będzie jakiegoś konkretnego lekarza.
- Na razie sprawę musi wyjaśnić prokuratura i dyrekcja szpitala - mówi Zbigniew Muszyński, Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Łodzi.
Jak dodaje, sprawy kradzieży w szpitalach zdarzają się bardzo rzadko. - Przed laty rzeczywiście w jednym z podłódzkich szpitali zniknęły narkotyki - sięga pamięcią do przeszłości. - Niezbyt dużo, ale sprawa skończyła się w sądzie, trafiła również do nas.