Wybierz region

Wybierz miasto

    Łodzianin Krzysztof Liszewski zginął na Evereście

    Autor: Paweł Spodenkiewicz

    2003-06-07, Aktualizacja: 2004-12-18 19:12 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    Russel uważnie przyglądał się przez lunetę lodowym iglicom i rozpadlinom północnej strony Everestu. Wreszcie na lodowcu Rongbuk dostrzegł znieruchomiałą postać człowieka. Kolor kurtki się zgadzał.

    Russel uważnie przyglądał się przez lunetę lodowym iglicom i rozpadlinom północnej strony Everestu. Wreszcie na lodowcu Rongbuk dostrzegł znieruchomiałą postać człowieka. Kolor kurtki się zgadzał.

    Krzysztof Liszewski, 55-letni łódzki himalaista, chciał wejść na najwyższą górę świata od strony tybetańskiej, jak George Mallory. Z bazy wyszedł 19 maja, ostatni raz widziano go podobno trzy dni później, jak mozolnie wspinał się we mgle w stronę szczytu.

    Pechowy kuluar

    – W Kathmandu spotkałam Amerykanina Adriana Nature, który był z Krzysztofem na tej samej wyprawie. Powiedział mi, że doszli razem do obozu na wysokości 7000 metrów i tam się rozstali. Krzysztof poszedł do góry, a on zszedł na dół. Gdy wrócił do tego obozu pięć dni później, nie było śladu obecności Krzysztofa – mówi warszawska himalaistka Anna Czerwińska, uczestniczka tegorocznej wyprawy Piotra Pustelnika na Manaslu.

    Zwłoki wypatrzył na lodowcu Russel Brice, kierownik komercyjnej wyprawy amerykańskiej. Jeżeli istotnie jest to Krzysztof Liszewski

    – ostatecznej identyfikacji jeszcze nie przeprowadzono – leży półtora tysiąca metrów poniżej miejsca, w którym widziano go po raz ostatni. Czy to możliwe, by zsunął się aż tak nisko?

    – Mógł spaść kuluarem Nortona, który przecina ścianę północną. Znaczyłoby to, że albo wszedł bardzo wysoko, bo kuluar zaczyna się na wysokości 8700 metrów, albo zrezygnował, zszedł w okolice obozu II i spadł stamtąd, bo tam jest druga część kuluaru Nortona – przypuszcza Piotr Pustelnik.

    Nie można nawet w przybliżeniu ustalić, którego dnia doszło do wypadku. Wiadomość o zaginięciu himalaisty dotarła do Polski z dużym opóźnieniem, za pośrednictwem Związku Wysokogórskiego Autonomicznego Regionu Tybetu.

    – Tak jest na tak zwanych wyprawach międzynarodowych, organizowanych przez agencje i składających się z przypadkowych osób. Gdybym zaginął, pies z kulawą nogą by się nie zainteresował, dlaczego nie przyszedłem. Zwłaszcza na Evereście wspinacze są anonimowi – mówi Piotr Pustelnik.

    – Krzysztof zadzwonił do mnie na początku maja, z telefonu Adriana Nature. Powiedział, że jest on jedną z niewielu życzliwych osób na tej wyprawie – mówi Mira Liszewska, żona himalaisty.

    Wspinaczka na czas

    Tej wiosny na Evereście można się było zagubić w tłumie: aż 29 wypraw od strony południowej, nepalskiej, i 19 od strony tybetańskiej. Kto żyw przyjechał do Nepalu, gdyż obchodzono tu uroczystość pięćdziesiątej rocznicy zdobycia Everestu przez Brytyjczyka Edmunda Hillary’ego i Szerpę Tenzinga Norgaya. Król Nepalu nadał Hillary’emu honorowe obywatelstwo, a premier wręczył wszystkim, którzy weszli na szczyt, pamiątkowe medale.

    – Miałem wrażenie, że to jest festiwal Szerpów, którzy w ten sposób zaspokajają swoją dumę narodową. Ciągle była mowa o rekordzie świata Apy Szerpa, który wszedł trzynaście razy na Everest. Chwalili się rekordem świata w prędkości wejścia i tym, że dwie siostry były na szczycie, a w przyszłym roku będą trzy. Bicie rekordów na Evereście stało się ich narodowym sportem – mówi Piotr Pustelnik.

    Przed przybyciem zachodnich wspinaczy Szerpowie nie mieli pokus, by wchodzić na himalajskie wierzchołki. W ich języku nie było nawet słowa „szczyt”, dopiero potem przyjęli słowo angielskie – „summit”. W dwudziestym wieku udzieliła im się zachodnia skłonność do rywalizacji i wyznaczania sobie sportowych celów. Dziś na Evereście i Szerpowie, i przybysze ze świata, biją wiele różnego rodzaju rekordów.

    Adrian Nature, 44-letni przewodnik z Alaski, chciał jako pierwszy zjechać na nartach z całej północnej ściany Everestu. Krzysztof Liszewski zamierzał pobić nawet kilka rekordów.

    – Leciał w Himalaje razem z nami i po drodze opowiedział o swoich planach. Chciał iść na Everest solo, bez tlenu i bić rekord szybkości. Pomyślałem sobie, że jakby za dużo tych zadań. Wchodzenie bez tlenu to nie jest domena osób 50-letnich. Statystyki są tu bezlitosne. Gdyby dotarł do szczytu, byłby najstarszą osobą na świecie, która tego dokonała – mówi Piotr Pustelnik.

    – Krzysztof dobrze czuł się na dużych wysokościach. Mówił, że dla niego wysokość 5000 metrów jest w Himalajach granicą mistyczną. Tam się kończy roślinność, są chorągiewki modlitewne, jest pustelnik, który błogosławi idących w góry. I on zaczyna się tam dobrze czuć – mówi Mira Liszewska.

    Spokojny, małomówny, nie błyszczał w towarzystwie. Za to w górach potrafił zdziałać wiele – miał na swym koncie zimowe przejście Filara Mięguszowieckiego Szczytu ze ścianą czołową, drogę Bonnatiego na Grand Capucin, trudne drogi na Igłach Chamonix oraz nową drogę na górę Kenya. Był na zimowej wyprawie na Makalu z Krzysztofem Wielickim. Niezwykle wytrzymały, specjalizował się w szybkich wejściach.

    – Świetny wspinacz, odpowiedzialny, potrafił dostosować się do zespołu – mówi Krzysztof Wielicki.

    – Nie był medialny i o jego wyczynach nie było głośno. Nigdy nie miał wiele pieniędzy na wyprawy. Za to potrafił zachować górski romantyzm. Był bardzo stały w swych uczuciach do gór – mówi Ewa Szcześniak, himalaistka, która była wspólnie z Krzysztofem Liszewskim na Makalu.

    Wymagał bardzo wiele od siebie i od innych. W Łódzkim Klubie Wysokogórskim krążyły legendy o tym, jak w czasie wspinaczki „ćwiczył” swoich partnerów lub partnerki, nie rozumiejąc ich słabości. Trzy lata temu, gdy wspinał się na Everest z Jackiem Berbeką, okazał się znacznie silniejszy od swego partnera i musiał na niego czekać. Ostatecznie zdecydował się iść sam i doszedł aż do wysokości 8700 metrów. Być może tamto doświadczenie spowodowało, że w tym roku zdecydował się iść sam.

    – Miał wyjątkowo wytrzymały organizm. Poza tym był niesłychanie twardy. To się poznaje po noszeniu bagażu, jak jesteś twardy, dużo nosisz – mówi Ewa Szcześniak.

    – Na wyjazdy zarabialiśmy pracami wysokościowymi. Raz mieliśmy rozebrać jakiś komin. Krzysztof przyjechał na miejsce najwcześniej i kiedy my się zjawiliśmy, już prawie cały komin był rozebrany – wspomina Jan Fijałkowski, były prezes Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego.

    Trzy metry śniegu

    Potrafił pokonać siebie, ale trudno mu było wygrać z naturą. W tym roku pogoda w Himalajach była wyjątkowo zła.

    – Spadło prawie trzy metry śniegu, a huraganowy wiatr porywał namioty pełne sprzętu. Raz porwał namiot z lokatorem. To się nie zdarzało od lat – mówi Anna Czerwińska.

    – Uważam, że Krzysztof miał szansę osiągnąć to, co zamierzał, bo był bardzo dobry, ale to, co się działo tej wiosny, było straszne. Na palcach jednej ręki można było policzyć wejścia, które nie zakończyły się odmrożeniami. W Kathmandu szło naprzeciw nas trzech znajomych i każdy wyglądał jak Pinokio, miał wielką czarną kropę na nosie. My się nie wyróżnialiśmy – mówi Piotr Pustelnik, który wrócił z odmrożoną dłonią.

    – Pogoda była fatalna, ale Krzysztof był twardy. Mógł poczekać. Po 25 maja pogoda się poprawiła i było sporo wejść – mówi Mira Liszewska.

    Himalaista zostawił swoje rzeczy osobiste w hotelu w Kathmandu. Gdy Anna Czerwińska odbierała je po powrocie z Manaslu, by zawieźć do Polski, powiedziała do Piotra Pustelnika:

    – Patrz, jedna chwila i po człowieku zostaje tylko taki worek.

    *****



    We wtorek, 10 czerwca o godz. 17 w bazylice archikatedralnej pod wezwaniem św. Stanisława Kostki zostanie odprawiona msza św. za duszę Krzysztofa Liszewskiego.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)