Wybierz region

Wybierz miasto

    Dziedziczka z Piotrkowskiej 108

    Autor: Krzysztof Zając

    2003-05-10, Aktualizacja: 2004-12-17 23:24 źródło: Express Ilustrowany

    Rencistka Danuta Tunicka po 10 latach procesowania się odebrała kamienicę przy ul. Piotrkowskiej 108 wartą 2 miliony złotych. Pani Danuta wspomina czasy, gdy jako mała dziewczynka jeździła na rowerze po salonie ...

    Rencistka Danuta Tunicka po 10 latach procesowania się odebrała kamienicę przy ul. Piotrkowskiej 108 wartą 2 miliony złotych.

    Pani Danuta wspomina czasy, gdy jako mała dziewczynka jeździła na rowerze po salonie babci, w której dziś mieści się mała sala obrad Rady Miejskiej. Opowiada o pradziadku, który w wieku 17 lat został milionerem – dorobił się na handlu bawełną z Rosją. Wertuje „Ziemię obiecaną” Władysława Reymonta, który gdzieś w swojej słynnej książce o Łodzi na wieku uwiecznił nazwisko jej pradziadka: Ferdynanda Ende. A potem wyciąga rulon zżółkłych papierów, by pokazać niespotykany dokument: potwierdzenie nadania tytułu szlacheckiego dla jej przodków z „babskiej” linii. Szlachtą zostali, bagatelka, tuż po bitwie pod Grunwaldem w 1410 roku.

    Dziedziczka Danuta Tunicka jest, niespełna 60-letnią, schorowaną rencistką z pierwszą grupą inwalidztwa. Cierpi na poważną chorobę serca, na którą kiedyś umarli pradziadek i prababcia. Słabe serce to bowiem takie samo dziedzictwo jak łódzki majątek, resztka pozostałości po magnackim imperium.

    Rodowód

    Swoje korzenie wywodzi od pradziadka Ferdynanda Ende, który gdzieś między dziewiętnastym a dwudziestym wiekiem tworzył w Łodzi bawełniane imperium. Był na tyle bogaty, że już przed 1900 rokiem kupił dwie kamienice w samym centrum Łodzi. Jedną przy Piotrkowskiej 108 (tam, gdzie dziś mieści się Hort-Cafe, a wcześniej był Hortex), drugą po przeciwnej stronie.

    – Zamieszkali w pierwszym z tych budynków, a w podwórku była fabryka chust i pledów. Za sąsiada mieli Heinzla, który obok postawił swój pałac – dziś jest tu siedziba Urzędu Miasta.

    Ferdynand Ende, był płodnym, ale niezbyt szczęśliwym kapitalistą. Pod koniec dziewiętnastego wieku dorobił się nie tylko majątku, ale także czternaścioro dzieci. Na początku nowego stulecia jego życie zniszczył tragiczny wypadek. Gustaw, najstarszy z synów zszedł do piwniczki domu po wino. Zapalił zapałkę od której wybuchły nieszczelne zbiorniki gazowe. Dom wyleciał w powietrze.

    Gustaw zginął. Ferdynand Ende ciężko zachorował na serce i wkrótce zmarł, a za nim szybko podążyła żona Jadwiga.

    Osierocone dzieci musiały radzić sobie same. Najstarsza siostra zajęła się wychowywaniem rodzeństwa, a 16-letni Edmund zajął się rodzinnym interesem. Dom odbudował, a smykałka do interesów spowodowała, że już po roku został przedstawicielem łódzkiej bawełny na część Rosji.

    – Jego wpływy obejmowały Odessę, Kijów, Charków... W ciągu kilku lat został milionerem. Kupił wówczas pałac w Charkowie, a także fabryki i majątki w jego okolicach. Dom przy Piotrkowskiej 108 ciągle był główną, rodzinną siedzibą – opowiada pani Danuta.

    W 1937 roku, po śmierci Edmunda, jego żona, a babcia Danuty Tunickiej na stałe osiadła w kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 108.

    – Mama wyszła za mąż już w czasie okupacji, w ciąży była w trakcie powstania warszawskiego, wkrótce potem przyszłam na świat –opowiada pani Danuta. – Moje dzieciństwo to przede wszystkim wspomnienia z domu i mieszkania babci, bo mama miała zaczątki gruźlicy i bała się bym i ja również nie zachorowała.

    U babci, która na pierwszym piętrze, na ponad 200 metrach kwadratowych miała 6-pokojowe mieszkanie z ogromnym salonem, uczyłam się jeździć na rowerze.

    W 1952 roku magistrat po kolejnych dosiedleniach kwaterunkowych lokatorów uznał, że fabrykanckiej córy i wnuczki tolerować dalej nie może i z jedną walizką wyrzucił babcię z mieszkania. Rodzice Danuty zabrali ją do Warszawy, gdzie zmarła dożywając stu lat.

    Druga z sióstr po śmierci Stalina i chwilowej odwilży politycznej wyjechała do Kanady.

    Mama Danuty, absolwentka Szkoły Wyższej Gospodarstwa Wiejskiego była w Warszawie wysokim urzędnikiem jednej z central handlu zagranicznego. Źle im się więc nie wiodło. Danuta również zaczęła studiować na uniwersytecie, ale nauki nigdy nie ukończyła. Burzliwa krew przodków spowodowała, że wybrała nieustabilizowane, nieco szalone życie. Na początku lat 70. została pierwszym w Polsce licencjonowanym menedżerem.

    Organizowała występy różnych gwiazd muzyki. Dziesięć lat później, tuż przed stanem wojennym, wywiozła do Paryża słynnego barda opozycji Jacka Kaczmarskiego, który wybrał długą emigrację wierząc, że stanie się jak w jego pieśni i mury wreszcie runą, i pękną łańcuchy. Wróciła do Polski razem z Przemysławem Gintrowskim, również legendą polskiej pieśni, tylko po to, by rzucić się w wir podziemnej działalności opozycyjnej.

    Na początku lat 90. uznała, że przyszła pora upomnieć się o swoje dziedzictwo: rodową kamienicę w centrum Łodzi. Przez 10 lat procesowała się z urzędnikami. Wreszcie udało jej się odzyskać dom... ale bez mieszkania babci. Drzwi do salonu babci są zamknięte, wisi na nich tabliczka Mała Sala posiedzeń Rady Miejskiej.

    Przez lata procesowania z władzami miasta Danuta Tunicka mocno zubożała. By zdobyć pieniądze na koszty ustawicznego procesowania się, sprzedała mieszkanie w Warszawie. Za zyski z kamienicy chce kupić inne mieszkanie w stolicy, na ukochanym Żoliborzu. Na razie jednak zarobki są niewielkie. Za pierwszy kwartał zapłaciła od kamienicy wartej 2 miliony złotych ponad sto złotych podatku dochodowego. Czynszów nie podnosi, ale wierzy, że dom i tak przywróci do dawnej świetności.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)