Wybierz region

Wybierz miasto

    Cztery życia kurczaka

    Autor: Bohdan Dmochowski

    2003-05-09, Aktualizacja: 2004-12-17 23:24 źródło: Express Ilustrowany

    Ogólnie słuszna rada, żeby na rynkach i w pawilonach mięsnych wyostrzyć o tej porze roku wzrok i węch, nie dotyczy klientów hipermarketów. Na nic się im ona nie przyda, nawet gdy będzie 35 stopni w cieniu.

    Ogólnie słuszna rada, żeby na rynkach i w pawilonach mięsnych wyostrzyć o tej porze roku wzrok i węch, nie dotyczy klientów hipermarketów.

    Na nic się im ona nie przyda, nawet gdy będzie 35 stopni w cieniu. Po wielkich halach nie snują się przecież podejrzane zapaszki, a w różowym świetle lad chłodniczych poukładana na tackach i zafoliowana żywność zawsze wygląda tak świeżutko, że aż cieknie ślinka. Dlatego z niedowierzaniem wysłuchaliśmy zapewnień trójki pracowników hipermarketów (w tym jednego byłego), że od 10 do 30 procent sprzedawanych tam produktów żywnościowych nie powinna trafić do klientów nawet po głębokiej przecenie, gdyż nie nadaje się do spożycia.

    Kurczę blade...

    – Najczęściej dotyczy to drobiu – przechodzi do szczegółów Anna A.

    – Taki kurczak, na przykład, ma w hipermarkecie aż cztery życia. Pierwsze trwa najkrócej, bo tylko jeden dzień. Po dostarczeniu partii drobiu z ubojni każdą sztukę kładziemy na tacce i owijamy folią. Na specjalnym automacie odbywa się ważenie, drukowanie na metce daty i ceny. Tuszki idą do chłodni, a następnego dnia są sprzedawane jako świeże schłodzone.

    Niektóre partie mają 2-, 3-dniowy termin ważności, ale bardzo często już po 24 godzinach robią się sinoblade i wilgotne. Kurczaki, których nie udało się od razu sprzedać, zaczynają swoje drugie życie. Wygląda to tak, że rozpakowuje się je i płucze wodą z dodatkiem jakiegoś konserwantu czy detergentu, żeby zmyć z nich brzydki, wilgotny w dotyku nalot.

    Jak kurczaki są już „odświeżone”, kładzie się je na nowe tacki, owija nową folią, metkuje i wystawia do sprzedaży jako wciąż świeże schłodzone. Kiedy brakuje czasu, część drobiu bez mycia naciera się przyprawami, „gancpomadą” i przerabia na porcje do grillowania. Następnego dnia te, które jeszcze nie znalazły nabywców, nadziewane są na sztyce i pieczone na rożnie.

    Przestrzega się przy tym zasady, żeby wśród przeterminowanych było też trochę kurczaków idealnie świeżych. Przecież do sklepu przychodzą znajomi i różne kontrole. Dlatego trzeba mieć pod ręką lepsze sztuki.

    Fazę rożnową nazywamy trzecim życiem kurczaka. Pieczone, które nie zejdą, zaczynają swoje czwarte życie. Przerabia się je na garmażeryjną formalinę – jak mówimy w hipermarketowym żargonie. Kroi się taki drób na drobne kawałki i dodaje do bigosów albo miesza z żołądkami, sercami, na przykład na sałatki z podrobami i leczo. Nie słyszałam, żeby ktoś się struł, ale ja do ust tego nigdy nie brałam. Przez to co widziałam nabrałam do drobiu takiego obrzydzenia, że nawet kur prosto od chłopa nie jadam – mówi pani Anna.

    Przeterminowany obiad

    Marek K., który już w trzecim hipermarkecie zarabia na chleb, kurczaków ze swego jadłospisu nie wyrzucił, ale przykazał żonie, żeby kupowała je w małym sklepie przy ul. Struga.

    – W moim „hipciu” pewne jest tylko mięso ze świeżych półtusz dostarczanych do naszej rozbieralni – mówi. – Natomiast nawet nie próbuję garmażu własnej produkcji, bo wiem, co się smaży i na czym. Do garów i na patelnie niejednokrotnie idą nie najświeższe golonki i żeberka. W hipermarkecie nic, co po upitraszeniu może być „zjadliwe”, nie ma prawa się zmarnować. Na śmietnik to się wyrzuca tylko tacki i folie, a ich zawartość przerabia na pieczyste. Moim zdaniem tak jest w każdym wielkim sklepie, który ma własne zaplecze produkcyjno-garmażeryjne. Dzięki temu tworzy się niewidzialny dla klienta „łańcuch żywieniowy”. Przeterminowane na przykład o dzień mięso smaży się na przeterminowanym oleju, przeterminowane oliwki dodaje się do surówek i przeterminowany obiad gotowy.

    – Żadne kontrole tego nie wymacały – dodaje Janusz Cz. – Zresztą, jak mają wymacać, kiedy my kilka dni wcześniej wiemy, że na przykład inspekcja handlowa szykuje nalot.

    Wtedy zaczyna się czyszczenie półek z przeterminowanych towarów i chowanie ich po ciemnych kątach. Ale tam jurysdykcja inspekcji już nie sięga, bo ją obchodzi tylko to, co jest wystawione do sprzedaży. Za dobrze też być bez przerwy nie może, więc dajemy się złapać na jakichś drobiazgach, za które wlepiają 100 zł mandatu.

    Kto kogo przechytrzy

    Szersze uprawnienia ma Sanepid. Może zajrzeć wszędzie, wszystkiego dotknąć i poddać laboratoryjnym badaniom.

    – Rzeczywiście, przeprowadzamy kontrole również w części produkcyjnej hipermarketów, ale są one wyrywkowe – wyjaśnia Leszek Ośródka, kierownik działu żywienia łódzkiego Sanepidu.

    – Używając przenośni, taka kontrola przypomina trochę zabawę w policjantów i złodziei, w której górą jest zmyślniejszy. Można jedynie domniemywać po tym, co słyszę, że hipermarkety mogą mieć na sumieniu różne grzechy, o których my nie wiemy. Sanepid musi jednak opierać się na tym, co stwierdzą inspektorzy, a także na skargach konsumentów. Nie twierdzę, że wszystko, co pracownicy hipermarketów opowiedzieli dziennikarzom o kurczakach i innych sprawach jest kłamstwem, ale nam oni takich sygnałów nie przekazali.

    Małgorzata Gołębczyk, kierownik działu w Wojewódzkim Inspektoracie Inspekcji Handlowej mówi, że termin przydatności kurczaków do spożycia liczy się od momentu ich uboju, a nie od daty dostarczenia do sklepu. W dodatku terminy te są umowne, bo nieuregulowane polską normą i wahają się od 3 do 6 dni.

    – My organoleptycznie kontrolujemy tylko to, co jest wystawione na półkach do sprzedaży, a zaplecze produkcyjne hipermarketów to domena Sanepidu i dozoru weterynaryjnego – tłumaczy. – Jeśli znajdujemy przeterminowane artykuły spożywcze, sklep musi je wycofać ze sprzedaży, a my wlepiamy mandat. Gdyby hipermarket rzeczywiście sprzedawał klientom zepsute kurczaki jako świeże schłodzone, pieczone czy w innej postaci, to zgodnie z ustawą byłoby to przestępstwo. Towar przeterminowany nawet o jeden dzień kwalifikuje się jedynie do natychmiastowej utylizacji albo – za zgodą odpowiednich służb – do przetworzenia na paszę dla zwierząt.

    Niedawno kontrolerzy inspekcji handlowej dwukrotnie zakwestionowali jakość drobiu sprzedawanego w jednym z łódzkich hipermarketów. Sklep natychmiast pokazał dokumenty, z którego wynikało, że dla tych kurczaków nie minął jeszcze termin przydatności do spożycia.

    Brak uwag Sanepidu i inspekcji handlowej do jakości drobiu z hipermarketów tylko denerwuje Stefanię Gromek, robiącą zakupy w pawilonie przy ul. Kilińskiego. Przerywa obwąchiwanie udek i woła:

    – Kurczak z hipermarketu? Nigdy w życiu! Przedwczoraj kupiłam takiego dziobaka w hipermarkecie dla wnuka, bo lubi, ale gdy zdjęłam folię, zajechało kwasem. Zadzwoniłam do Sanepidu. Jakaś pani bardzo grzecznie zaczęła mi tłumaczyć, że prywatnie mi wierzy, ale nic hipermarketowi nie udowodni, bo kurczak mógł się zepsuć w drodze do domu. Tak się zdenerwowałam, że zrobiłam się niegrzeczna. Wtedy ta pani odłożyła słuchawkę i już nic więcej nie usłyszałam, tylko piii-piii-piii...

    *****



    PS. Imiona i pierwsze litery nazwisk naszych informatorów są zmienione.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)