Wybierz region

Wybierz miasto

    49 lat temu jedenastu wspaniałych rycerzy

    Autor: Paweł Hochstim

    2006-04-15, Aktualizacja: 2006-04-15 02:14 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    "Byłoby niesprawiedliwością bawić się w nadawanie imiennych laurek graczom ŁKS. To był triumf całego kolektywu, w którym jeden grał za wszystkich, a wszyscy za jednego. Na ich tle Górnik Zabrze wołał o litość z nieba.

    "Byłoby niesprawiedliwością bawić się w nadawanie imiennych laurek graczom ŁKS. To był triumf całego kolektywu, w którym jeden grał za wszystkich, a wszyscy za jednego. Na ich tle Górnik Zabrze wołał o litość z nieba. W drugiej połowie meczu zabrzanie przypominali przysłowiowe stado owiec, w które strzelił piorun".

    To tylko fragment sprawozdania prasowego z meczu Górnik Zabrze - ŁKS. Spotkanie, rozegrane 7 kwietnia 1957 roku, przeszło do historii nie tylko dzięki wspaniałym łódzkim piłkarzom, którzy wygrali 5:1, ale również dzięki nestorowi dziennikarzy sportowych, red. Jerzemu Zmarzlikowi. Nieżyjący już dziennikarz "Przeglądu Sportowego" dzień po meczu napisał w gazecie: "Panowie kapelusze z głów! Tak grają Rycerze Wiosny". Od tego dnia ten przydomek na zawsze przylgnął do łódzkiego klubu.

    - To był szalenie trudny mecz, bo w pierwszej połowie straciliśmy gola i Staszka Wlazłego, który doznał kontuzji - opowiada pomocnik ŁKS z tamtych lat Robert Grzywocz.

    - Trzeba pamiętać, że wtedy nie można było robić zmian, więc prawie cały mecz graliśmy w dziesiątkę.

    Górnik prowadził 1:0 i miał przewagę jednego zawodnika, ale ŁKS był tego dnia lepszy. "Przełomowym momentem spotkania była 43 minuta gry. Najpierw Baran dobił główką centrę Kowalca, a w chwilę później strzelił piękną bramkę, przejmując podanie Soporka" - pisał "Przegląd Sportowy".

    - Ja w tym meczu nie grałem, ale siedziałem na trybunach - wspomina były piłkarz ŁKS Bogdan Mizgier. - Widziałem zdziwienie na twarzach kibiców Górnika, za to nasi kibice szaleli z radości. A było ich co najmniej kilka tysięcy.

    Grzywocz twierdzi, że na trybunach siedziało wówczas piętnaście tysięcy sympatyków ŁKS. - Były specjalne pociągi, choć wielu kibiców jechało też starą drogą katowicką przez Piotrków Tryb. i tworzyły się korki - mówi.

    Po przerwie ŁKS był już zdecydowanie lepszy i zdobył trzy gole. Dwa razy trafił Stanisław Baran, a raz Władysław Soporek. Radości łódzkiej ekipy nie było końca. - W autobusie, którym wracaliśmy do Łodzi, było bardzo wesoło - wspomina Mizgier.

    Do dzisiaj żyje jedenastu członków tej wspaniałej drużyny, ale ich losy różnie się potoczyły. - Kilku kolegów mieszka za granicą, m.in w Australii, a inni w różnych miastach Polski - mówi Grzywocz.

    - W Łodzi jest nas pięciu: ja, Mizgier, Leszek Jezierski, Józef Walczak i Jerzy Wieteski.

    Wśród Rycerzy Wiosny nie ma już Barana i Soporka, którzy strzelali gole w Zabrzu. Odszedł także Wlazły, który doznał w tym słynnym meczu poważnej kontuzji, ale za wszelką cenę chciał grać. - Lekarz i trener nie wyrazili jednak zgody - mówi Grzywocz.

    Na rękach kibiców wprost do Malinowej
    Rok później Rycerze Wiosny zostali królami. Drużyna ŁKS zdobyła tytuł mistrza Polski, a rywalem w decydującym meczu znów był Górnik. Łodzianom potrzebny był remis. Swój cel osiągnęli, bo mecz zakończył się wynikiem 0:0. - Znowu cieszyliśmy się po meczu z Górnikiem - zauważa Grzywocz. - Do Łodzi wracaliśmy długo, ale w Srocku czekała na nas niespodzianka. Sześciu motocyklistów czekało na nasz autokar, by później nas eskortować.

    Autokar wiozący mistrzów Polski przejechał od placu Niepodległości do placu Wolności. Tam zawrócił i podjechał pod Grand Hotel, gdzie w restauracji Malinowa przygotowana była uroczysta kolacja. - Na ulicach mijaliśmy tłumy kibiców, a pod Malinową nie można było zrobić nawet kroku - opowiada Mizgier. - Kibice podawali nas sobie nad głowami, dzięki czemu trafiliśmy jednak do restauracji, gdzie świętowaliśmy sukces.

    Jawy dla najlepszych
    Za zdobycie mistrzowskiego tytułu Rycerze Wiosny dostali... motocykle. - Każdy z nas marzył, by mieć motor - wspomina Grzywocz. - Na początku mieliśmy dostać polskie SHL-ki, ale ostatecznie klub znalazł dodatkowe środki i w nasze ręce trafiły czeskie Jawy.

    Dziś trudno w to uwierzyć, ale piłkarscy mistrzowie Polski treningi i mecze musieli łączyć z pracą zawodową.

    - Wtedy nie było w futbolu takich pieniędzy, jak dzisiaj - mówi Grzywocz. - W pracy zarabiałem tysiąc osiemset złotych, a z klubu dostawałem tysiąc dwieście na tzw. dożywianie, i premie za mecze. Po wygranym meczu dostawaliśmy sześćset złotych. Wszystkie te pieniądze pozwalały nam na godne życie, bo w fabryce robotnik zarabiał wówczas ok. 1,8 tys.

    Mistrzowie przyznają jednak, że nie pracowali długo. - O godz. 12 mieliśmy treningi, więc zwalnialiśmy się z pracy i przyjeżdzaliśmy na ŁKS - wspomina Mizgier. - Trenowaliśmy pięć razy w tygodniu, a w weekendy graliśmy mecze, więc się nie nudziliśmy. Lubiliśmy nasze treningi, po kochaliśmy sport.

    Byli piłkarze ze wzruszeniem wspominają swojego trenera, Władysława Króla, który w przeszłości był piłkarzem, hokeistą, tenisistą i narciarzem, a na swoim koncie ma występy na hokejowej tafli w czasie Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1936 r. w Garmisch-Partenkirchen. - On był dla nas jak ojciec - mówi Mizgier. - Dużo z nami rozmawiał o naszych problemach, a nawet zapraszał do swojego domu. Był wspaniały.

    Do Leśniczówki zapraszam
    Żyjący piłkarze ŁKS wspominają, że w tamtych latach w drużynie była wspaniała atmosfera. - Ona była podstawą naszych sukcesów - mówi Grzywocz. Piłkarze spędzali ze sobą dużo czasu na treningach czy wyjazdach na mecze, ale również razem się bawili.

    - Najczęściej w Malinowej, która była wtedy najlepszym lokalem w mieście - przyznaje Mizgier. - Ale po treningach wpadaliśmy razem do restauracji Leśniczówka, która mieściła się w pobliżu ul. Żeromskiego. Zaglądaliśmy tam całym zespołem, ale naprawdę tylko na jednego, po czym rozjeżdżaliśmy się do domów. Autobusami, bo samochód miał tylko Staszek Baran.

    Rycerze Wiosny cieszyli się w Łodzi wielką popularnością. Na każdym kroku spotykali się z sympatią kibiców. - Nawet jak skończyłem karierę, to jeszcze byłem rozpoznawany - wspomina Mizgier. A Grzywocz dodaje, że w czasie gry w ŁKS był niemal przez wszystkich pozdrawiany na ulicy.

    Dziś Rycerze Wiosny kibicują swoim następcom i nadal kochają ŁKS. - Nas wychowano w przywiązaniu do klubowych barw - mówią zgodnie. Ci wspaniali byli piłkarze nawet nie są sobie w stanie wyobrazić, że można sprzedać mecz.

    Sonda

    Czy masz zaufanie do Pogotowia Ratunkowego?

    • Nie (68%)
    • Tak (32%)