Pilnują porządku w magistracie, chroniąc władze Łodzi przed niepożądanymi gośćmi. Na pobliskich parkingach dbają, by nikt nie zajął miejsca przeznaczonego dla urzędnika. Nie ma chyba uroczystości w mieście z udziałem władzy, bez mniej lub bardziej licznej asysty straży miejskiej. Za to nie uświadczy się strażników (w wystarczającej liczbie) na osiedlowych uliczkach, parkowych alejkach, skwerkach czy ryneczkach. Dlaczego? Bo w Łodzi jest straż prezydencka, a nie miejska.
Niektórym taka teza wyda się - być może - nieuprawniona, a nawet krzywdząca zarówno dla straży, jak i władz Łodzi. A jednak postaram się ją udowodnić, a paradoksalnie pomogą w tym słowa samego prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Tak, to nie pomyłka. Podczas wtorkowego, porannego spotkania z funkcjonariuszami (zamkniętego dla mediów na polecenie szefów straży), z ust prezydenta Łodzi padły słowa o zasadzie czy zwyczaju, że "jeśli prezydent udaje się na spotkanie czy uroczystość na zewnątrz, zawsze towarzyszy mu jeden strażnik".
Wypowiedziane zostały bez cienia wahania czy wątpliwości - po prostu tak w Łodzi jest, bo Jerzy Kropiwnicki zrobił że straży miejskiej swoje "Biuro Ochrony Rządu".
By podnieść rangę
Odsłaniamy w mieście kolejny pomnik? Straż miejska zawczasu obstawia miejsce wydarzenia. Prezydent został zaproszony przez inwestora na oddanie kluczy do nowo wybudowanych bloków? Strażnicy pilnują, by prezydenckie auto miało dość miejsca do zaparkowania, kierują ruchem, czasowo zamykają ulicę dla innych aut. Doroczna pielgrzymka łódzkimi śladami Jana Pawła II, organizowana 13 czerwca na pamiątkę pobytu Ojca Świętego w Łodzi, także nie odbędzie się bez licznej asysty straży.
Nie ma sensu wymieniać dalej, bo prawie każdy łodzianin przynajmniej raz w życiu uczestniczył w miejskiej uroczystości i widział, że tam, gdzie prezydent, tam i straż miejska. I na polecenie samego prezydenta, od niedawna, formacja dorobiła się nawet kompanii honorowej. Po co? Jak kpią sami funkcjonariusze, tylko po to, by podnieść rangę prezydenckich imprez.
Waldemar Walisiak, zastępca komendanta łódzkiej straży, zapytany, czy strażnicy muszą obstawiać imprezy, odpowiada z mocą, że muszą. I dodaje, że jeśli organizator zgłasza, iż odbywa się masowa impreza, to straż ma obowiązek zapewnić porządek. Ale różnica między pilnowaniem porządku a asystowaniem władzy jest jednak znaczna.
Dworscy pod drzwiami
Urząd Miasta Łodzi, to bodaj jedyne miejsce poza siedzibą główną straży przy Kilińskiego, gdzie funkcjonariusze są zawsze. O ile można zrozumieć, że siedzą przy wejściach, by kierować niezorientowanych petentów do określonych miejsc, o tyle asysta przy prezydenckim gabinecie już budzi wątpliwości. Oficjalnie strażnik stoi tam po to, by wskazywać drogę do gabinetów: prezydenta, wiceprezydentów, przewodniczącego Rady Miejskiej i jego zastępców. Ale tak naprawdę, o czym mówi się głośno, obecność strażnika ma chronić prezydenta przed nieproszonymi gośćmi.
Przy całym szacunku dla samego prezydenta i jego urzędu - dotąd nie było przypadku, by do magistratu wtargnął szaleniec z bombą. A nawet jeśli by się taki trafił, to po co jest strażnik na dole, przy samych drzwiach? Na pewno nie po to, by czytać książki (choć czytanie książek popieram) i rozwiązywać krzyżówki z nudów, ale by pilnować, żeby szaleńcy nie mieli wstępu do urzędu. Powiedzmy, że dałabym się jeszcze przekonać, iż służba pod drzwiami gabinetu jest potrzebna, ale na pewno nikt mnie (i chyba wielu łodzian) nie przekona, że zadaniem strażnika jest pilnowanie parkingów przy magistracie. Zapewnienia wicekomendanta Walisiaka, że funkcjonariusze dbają o komfort petentów, należy między bajki włożyć. Na parking od placu Komuny Paryskiej nie ma wjazdu nikt postronny, czego pilnuje już ochroniarz. Tak samo jest nieco dalej, przy pasażu Schillera. Tam także stoi znak, zakazujący parkowania nieupoważnionym. To są miejsca postojowe dla urzędników i radnych, a nie dla łodzian. Zatem strażnicy pilnują głównie urzędniczych samochodów! Czy do tego jest powołana straż miejska? Na pewno nie. A i służba w urzędzie i okolicach jest mało prestiżowa, o czym świadczą opinie samych strażników. Kolegów z magistratu nazywają: "dworscy"...
Gdzie nie ma strażników
To nie koniec dziwnych obowiązków, jakimi obarczono straż. Strażnicy do niedawna pilnowali również parku Ocalałych, by wandale nie niszczyli pamiątkowych drzewek sadzonych przez ocalałych z łódzkiego getta. Pełnią całodobowe służby w parku Staromiejskim i znów nie dlatego, że jest to szczególnie niebezpieczne miejsce, jak usiłował przekonywać Waldemar Walisiak, ale dlatego, że stoją tam pomnik Dekalogu oraz wizualizacja dawnej synagogi. Owszem, były one notorycznie niszczone przez wandali, ale w Łodzi jest mnóstwo miejsc, które chuligani niszczą, okradają, dewastują. I co? Nie strzegą ich strażnicy miejscy.
Podobnie było z wystawami urządzanymi pod gołym niebem w parku Staromiejskim. Nocny patrol miał obowiązek pilnować, by nikt wystawy nie niszczył, wiem to od samych strażników, zirytowanych takimi obowiązkami. Irytowało ich nie to, że muszą iść na nocny patrol, ale to, że zamiast na ulicy, siedzą w aucie, w parku i pilnują zdjęć. Przecież nie po to wybierali służbę w straży i raczej nie po to powoływano do życia samą formację.
Prawie nikt nie pilnuje parków, nie patroluje osiedlowych uliczek. A tymczasem, sądząc z rozmów z łodzianami, właśnie tam, wieczorami i szczególnie latem, byliby strażnicy najbardziej potrzebni.
Bo straż miejska miała w założeniach pilnować porządku. Dokładnie oznacza to, że zadaniem strażnika jest: wlepianie mandatów za nieodśnieżony chodnik i za niesprzątniętą psią kupę, zakładanie blokad na koła źle zaparkowanego auta, odwożenie pijaczków do izby wytrzeźwień. A także reagowanie na sygnały łodzian o wandalach niszczących ławki w parku, bluzgających na ulicy czy wybijających sklepowe szyby. Strażnicy zostali powołani po to, by pomagać mieszkańcom, a nie dla zapewnienia komfortu prezydentowi, jego zastępcom czy innym urzędnikom. Temu miały służyć uruchamiane w dzielnicach posterunki - by strażnicy byli bliżej łodzian i łatwiej im było interweniować w terenie, który znają. Nie są bliżej, bo na przykład na osiedlu Teofilów pomaga łodzianom zaledwie dwóch strażników - na kilkanaście tysięcy mieszkańców...
Ale dla Jerzego Kropiwnickiego posterunek w pasażu Schillera jest nie dla łodzian, ale po to, by straż pilnowała porządku podczas uroczystości z jego udziałem. To znów słowa, jakie usłyszeli strażnicy podczas wtorkowego spotkania ze zwierzchnikiem.
Ja się zdobywa szacunek
Podczas tego samego spotkania lub jak złośliwi mówią - karnego apelu - prezydent przekonywał strażników, że zawsze ich bronił przed radnymi, a także dbał o to, by podnieść rangę ich służby i prestiż formacji.
Niestety, strażnicy nie mają szacunku wśród łodzian i być może nie będą go mieli. Bo nie zdobywa się szacunku i prestiżu, obstawiając prezydenckie imprezy i zapewniając swojemu szefowi możliwie duży komfort. Strażnicy byliby szanowani (łodzianie powtarzają, że są potrzebni), gdyby służyli pomocą i pilnowali porządku. A na razie określenie "dworscy" pasuje do całej formacji.
Powszechnie wiadomo, że prezydent stworzył sobie dwór, a dworski ceremoniał i przepych niezwykle sobie ceni. Strażnicy nie są temu winni, choć nie pracują idealnie, co wiemy wszyscy. Ot, wykonują polecenia zwierzchnika, jakkolwiek dyskusyjne by one były. Na tym polega służba w mundurze.