RSS   |   
Zarejestruj się   |    Zaloguj się   |    Zaloguj przez facebook
Łódź » Kwadratura pudełka, czyli jak zlikwidować nielegalny handel uliczny

Kwadratura pudełka, czyli jak zlikwidować nielegalny handel uliczny

2008-08-03, Aktualizacja: 2008-08-02 02:44

Polska Dziennik Łódzki Monika Pawlak

Nielegalni handlarze zwykle nie płacą mandatów, a kiedy trafiają w końcu do sądu grodzkiego, dostają grzywnę w wysokości 50 złotych. Z litości, bo nie mają przecież żadnego majątku, a na utrzymaniu są dzieci...
Nielegalni handlarze zwykle nie płacą mandatów, a kiedy trafiają w końcu do sądu grodzkiego, dostają grzywnę w wysokości 50 złotych. Z litości, bo nie mają przecież żadnego majątku, a na utrzymaniu są dzieci...

Piżama, ręcznik, bielizna, buty, torebki - dla każdego coś ładnego i na dodatek za grosze. Bawełniana koszulka za jedyne 5 zł, letnie klapki za 8 zł, sandałki - 12 zł. Chińska tandeta sprzedawana z rozstawionych na chodniku kartonowych pudeł zalewa Łódź. Nie ma na nią mocnych, bo straż miejska i policja bezradnie rozkładają ręce i twierdzą: trzeba zmienić prawo. A Ministerstwo Sprawiedliwości ripostuje: sankcje karne są wystarczające i nie ma potrzeby ich zaostrzania.

Godziny przedpołudniowe, ulica Zamenhofa. W pudełkach rozstawionych na chodniku ręczniki, bielizna, buty.
∨ Czytaj dalej
Chętnych nie brakuje, klientki oglądają, przebierają, wypytują o cenę. Niedaleko - dwa kolejne "stoiska". Obok przystanku tramwajowego na ul. Kilińskiego przy al. Piłsudskiego od rana można kupować buty, bieliznę i damskie sandałki. Na ryneczku na Dąbrowie karton obok kartonu. To samo na skrzyżowaniu al. Śmigłego-Rydza i Kopcińskiego, podobnie przy Niciarnianej. Z ostrożnych szacunków straży miejskiej wynika, że handel z pudeł odbywa się w 70 punktach miasta.

- Tak naprawdę ganiamy się z nimi po całym mieście. Jeśli dziś przepłoszymy ich ze skrzyżowania marszałków, to jutro pojawią się na Niciarnianej - przyznaje Paweł Lipski, komendant łódzkiej straży miejskiej.- Bez zaostrzenia przepisów i zwiększenia naszych uprawnień nigdy sobie nie poradzimy z dzikim handlem.

Litościwe sądy

"Pudełkowi handlarze" nie mają zezwoleń na prowadzenie działalności, nie płacą podatków ani opłaty targowej. Na dodatek rozstawiają swoje stragany w miejscach do tego nieprzeznaczonych, czyli poza targowiskami i rynkami. Trudno się dziwić, że kupcy prowadzący legalną działalność mają ich dosyć. Chodzi nie tylko o pieniądze, które legalni inwestują w modernizację swoich stanowisk. Kupcy chcą - i słusznie - by prawo było jednakowe dla wszystkich.

- Kpią sobie z prawa, z władzy i nas - mówi Jarosław Tumiłowicz z Łódzkiej Izby Przemysłowo-Handlowej. - Tak dłużej nie może być, trzeba wreszcie coś z tym zrobić.

Straż miejska walczy z nielegalnymi handlarzami na wszelkie możliwe sposoby. Patrole regularnie pojawiają się w miejscach, gdzie rozstawiane są kartony. I wlepiają mandaty - od stycznia tego roku strażnicy wystawili ich ponad 5 tysięcy!

- Tylko co z tego?! - komentuje Paweł Lipski. - Nikt ich nie płaci, a kiedy sprawa trafia w końcu do sądu grodzkiego, ten orzeka grzywnę w wysokości pięćdziesięciu złotych za kilkanaście niezapłaconych mandatów. Przecież to kpina!

Ludzie, którzy handlują z kartonów, są tylko najemnikami albo "słupami" hurtowników, którzy wynajmują ich do tej pracy za niewielkie na ogół pieniądze. Pracują oczywiście na czarno, czyli bez żadnych umów i świadczeń socjalnych. Rano właściciel towaru rozwozi ich samochodami w określone miejsca, zostawia z pudłami i znika. Wraca wieczorem, odbierając utarg i niesprzedany towar.

Nikt nie wie, kim są "przedsiębiorcy" od kartonowego handlu, nikt ich nigdy nie widział. Strata towaru czy mandat są wpisane w ten biznes. Sami handlarze przyznają, że właściciel nie będzie miał pretensji.

- Podczas kontroli czy wystawiania mandatu handlarz zwykle mówi to samo: to nie mój towar, nie znam właściciela, ja tu tylko zarabiam na życie - relacjonuje komendant Lipski. - Przed sądem także stają jedynie handlarze. I okazuje się, że nie mają nic: pracy, żadnego majątku, a na utrzymaniu nieletnie dzieci. Dlatego też sądy orzekają tak małe grzywny. Z litości.

Posłanka lobbuje

Problem pudełkowego handlu dotyczy nie tylko Łodzi. Taki handel kwitnie też w najlepsze w Warszawie, Katowicach, Bytomiu i Gliwicach. Czyli w miastach, gdzie jest duże rozwarstwienie społeczne, wciąż niemałe bezrobocie i bieda. Wszyscy doskonale wiedzą, że gdyby nie było chętnych do kupowania taniochy, nie byłoby i handlarzy. Zdaniem strażników miejskich, jedynym rozwiązaniem problemu jest zaostrzenie obowiązującego prawa. Bo teraz handlarza można ukarać mandatem do 5 tys. zł. Ponadto straż miejska może zablokować miejsce pracy, ale to absurd. Bo oznaczałoby, że funkcjonariusze, zamiast patrolować miasto, staliby całymi dniami i... pilnowali kawałka chodnika.

- Dopiero by nam się dostało od łodzian! - przyznaje z sarkazmem Lipski.

W sprawę zaangażowała się Hanna Zdanowska, była wiceprezydent Łodzi, obecnie posłanka Platformy Obywatelskiej. Zadeklarowała, że będzie lobbować w Sejmie nad zaostrzeniem sankcji karnych dla pudełkowych handlarzy. Planowano taką nowelizację kodeksu wykroczeń, by kara finansowa sięgała nawet 15 tys. zł, a strażnicy mogli konfiskować towar, i to bez prawa jego odzyskania.

- Tylko w taki sposób trafilibyśmy do szefów tego interesu. Gdyby kilka razy stracili towar, biznes przestałby być tak lukratywny i w końcu by go zwinęli - tłumaczy Paweł Lipski. Poseł Zdanowska dwukrotnie pisała interpelacje w tej sprawie do Zbigniewa Ćwiąkalskiego, ministra sprawiedliwości. Dwukrotnie otrzymywała identyczną odpowiedź: proponowana zmiana przepisów nie jest potrzebna, bo istniejące wystarczają, by poradzić sobie z nielegalnym handlem. Pod odpowiedziami podpisali się podsekretarze stanu Zbigniew Wrona oraz Jacek Czaja.

- Lobbowałam w tej sprawie wśród posłów mojego ugrupowania, a także innych partii - relacjonuje Hanna Zdanowska. - Było to bardzo trudne, bo niemal wszyscy są za wolnością gospodarczą i strasznie trudno było wytłumaczyć, że wolność nie może oznaczać łamania prawa.

W efekcie narad, konsultacji i międzypartyjnych negocjacji powstał projekt nowelizacji kodeksu wykroczeń. Zakłada podniesienie grzywny do 15 tys. zł oraz konfiskatę towaru na poczet kary finansowej.

- Projekt jest w trakcie opiniowania, we wrześniu powinien trafić do laski marszałkowskiej - mówi Zdanowska.

Praktyka nękania

Kłopot w tym, że takie rozwiązanie nie zadowala nikogo. Dlaczego? Bo nadal uniemożliwia dotarcie do hurtownika, czyli właściciela towaru. Drugi problem to czasowa konfiskata towaru. Bo trzeba go dokładnie opisać, oszacować, a później przechowywać. Kto miałby to robić? Według obowiązującego prawa, taki "przywilej" ma tylko policja. A ta ma ważniejsze sprawy na głowie.

Z kolei straż miejska nie ma nawet prawa skontrolować, czy handlujący ma pozwolenie na prowadzenie działalności. Okazuje się, że strażnicy mogą tylko... poprosić o okazanie dowodu osobistego.

- Moi ludzie kontrolują handlarzy na moje polecenie i odpowiedzialność - przyznaje komendant Lipski. - A nękamy ich nie za nielegalny handel, ale za wiele innych wykroczeń: złe parkowanie, jeżdżenie po trawnikach, śmiecenie. I więcej nam już robić nie wolno!

Ponieważ problem jest ogólnopolski, szefowie straży z dużych miast zwarli szeregi i sami opracowali projekty zmian w prawie, dające im większe uprawnienia. Chodzi m.in. o prawo do kontrolowania i ewentualnego karania handlujących w miejscach do tego niewyznaczonych.

- Pierwszy projekt ma trafić do ministra Ćwiąkalskiego za pośrednictwem prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz - wylicza Lipski. - Kolejne składamy za pośrednictwem Związku Miast Polskich oraz komisji wspólnej rządu i samorządu. Będziemy naciskać ze wszystkich możliwych stron, aż do skutku.

Strażnikowi niezbędny urzędnik

Okazuje się, że nawet przy obecnie obowiązujących przepisach można nielegalnych handlarzy nękać dotkliwiej. Wystarczy, by patrolom straży miejskiej towarzyszył pracownik referatu handlu z delegatury dzielnicowej. W jego obecności można zażądać zaświadczenia o prowadzeniu działalności gospodarczej oraz dokumentów potwierdzających pochodzenie towaru. Ich brak jest podstawą nie tylko do wystawienia mandatu, ale też zarekwirowania towaru. Dlaczego łódzcy urzędnicy nie korzystają z tego prawa? Bo brakuje ludzi. Przyznaje to Jarosław Tumiłowicz, p.o. kierownik referatu handlu w delegaturze Górna.

- Tak naprawdę potrzebnych byłoby dwóch, trzech pracowników, którzy zajmowaliby się tylko takimi kontrolami - mówi Tumiłowicz. - W obecnej sytuacji kadrowej to jest po prostu niewykonalne.

Bartosz Domaszewicz, radny PO, który włączył się w walkę z nielegalnym handlem, zobowiązał się do końca sierpnia skontrolować delegatury.

- Chcę uzyskać z każdej delegatury raporty dotyczące możliwości zorganizowania takich wspólnych patroli - zapowiada Domaszewicz. - Po wakacjach napiszę interpelację do prezydenta albo apel, aby zatrudnił dodatkowych ludzi. Na to muszą się znaleźć w budżecie pieniądze. Inaczej nie zlikwidujemy nielegalnego handlu.

Pudełkowy handel jest na razie dowodem bezradności łódzkich urzędników. Legalnie handlujący mają prawo się niecierpliwić i żądać pomocy. Prawo jest po ich stronie i czas najwyższy, by władze miasta wykorzystały istniejące możliwości i egzekwowały jego przestrzeganie.